Jeszcze dekadę temu mało kto wierzył, że kredytobiorca „frankowy” może w sądzie wygrać z bankiem i spłacić sam kredyt bez odsetek i innych kosztów. Wyroki korzystne dla konsumentów należały do rzadkości. Dziś sytuacja odwróciła się diametralnie – frankowicze masowo wygrywają przed sądami. W ślad za tym pojawiło się kolejne pytanie: czy możliwe jest, że niektórzy z nich otrzymają swoje mieszkania niemal w prezencie? Innymi słowy – czy kredytobiorca może w praktyce zostać właścicielem lokum, nie oddając bankowi nawet pożyczonego kapitału? Brzmi to jak scenariusz z gatunku political fiction, ale aktualna linia orzecznicza polskich sądów i Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE) sprawia, że taka wizja stała się całkiem realna. Co więcej, ci frankowicze, którzy poszli na ugody z bankami, coraz częściej patrzą na to z mieszanką niedowierzania i… zazdrości.
Darmowe mieszkanie? Kulisy prawniczego paradoksu
Żeby zrozumieć, skąd wzięło się widmo „darmowych mieszkań” dla frankowiczów, trzeba zajrzeć w głąb prawniczych rozstrzygnięć dotyczących nieważności umów kredytowych i przedawnienia roszczeń. Wiadomo już powszechnie, że większość umów frankowych obarczona była klauzulami niedozwolonymi – głównie takimi, które pozwalały bankom jednostronnie ustalać kurs CHF przy przeliczeniach rat. Sędziowie od lat orzekają, że takich postanowień nie da się „naprawić”, a usunięcie ich z umowy powoduje upadek całej umowy kredytu. Najnowsza duża uchwała Sądu Najwyższego z 25 kwietnia 2024 r. (III CZP 25/22) przypieczętowała tę linię: jeżeli nie da się ustalić wiążącego kursu waluty w umowie, to umowa nie wiąże w całości, a obie strony mogą żądać wzajemnego zwrotu tego, co świadczyły. Innymi słowy – kredytobiorca ma prawo domagać się od banku zwrotu wszystkich rat, prowizji i innych kwot, które wpłacił przez lata, a bank ma prawo żądać zwrotu wypłaconego kapitału kredytu.
Tutaj właśnie kryje się źródło potencjalnego „prezentu” dla frankowiczów. O ile bowiem unieważnienie umowy z zasady oznacza dwustronny zwrot świadczeń, o tyle prawo przewiduje, że roszczenia mogą się przedawnić, jeśli strona zbyt długo zwleka z ich dochodzeniem. A banki – przez lata przekonane o ważności swoich umów – nie spieszyły się z żądaniem zwrotu kapitału. Przeciwnie, konsekwentnie utrzymywały w procesach, że umowy są ważne i nie sygnalizowały, iż mogłyby czegoś żądać „na wypadek” nieważności. Wielu kredytodawców obudziło się dopiero, gdy lawina pozwów konsumenckich zalała sądy i stało się jasne, że umowy frankowe masowo upadają.
Z perspektywy prawa cywilnego sytuacja jest dość jednoznaczna: kto nie dochodzi swoich roszczeń na czas, ten traci możliwość ich skutecznego dochodzenia. Instytucja przedawnienia służy stabilności obrotu – ma zapobiegać sytuacjom, gdy po wielu latach jedna strona nagle upomina się o swoje prawa. Bank – choć jest podmiotem profesjonalnym – nie jest tu żadnym wyjątkiem. Sam stworzył wadliwą prawnie umowę, a następnie przez długi czas nie dbał o swoje roszczenia, mimo że dysponował sztabem prawników. Jeżeli zatem termin przedawnienia minął, bank nie odzyska nawet nominalnej kwoty kredytu, podobnie jak przedawniony dług nie zostanie ściągnięty od dłużnika w żadnej innej sprawie.
Ile czasu miały banki?
Tu pojawia się kluczowa kwestia sporna: od kiedy liczyć bieg terminu przedawnienia roszczenia banku o zwrot kapitału? Banki argumentowały początkowo, że skoro umowa staje się definitywnie nieważna dopiero w wyroku sądu, to dopiero od tej chwili mogą żądać zwrotu pieniędzy. Taka interpretacja dawałaby im więcej czasu (bo liczonego od prawomocnego wyroku), ale została podważona przez sądy unijne i polskie. TSUE w wyroku z 14 grudnia 2023 r. (sprawa C-28/22) jasno stwierdził, że to niedopuszczalne – termin przedawnienia nie może zaczynać biec dopiero od uznania umowy za trwale bezskuteczną (czyli od wyroku). Sąd Najwyższy w wspomnianej już uchwale z kwietnia 2024 r. doprecyzował, że 3-letni termin (tyle wynosi przedawnienie roszczeń banku jako przedsiębiorcy wobec konsumenta) zaczyna się następnego dnia po zakwestionowaniu umowy przez kredytobiorcę. Najczęściej będzie to chwila, gdy konsument złoży reklamację w banku albo wręcz gdy wniesie pozew do sądu. Co ciekawe, SN zostawił tu pewien margines interpretacyjny – nie przesądził wprost, czy wystarczy samo wysłanie reklamacji, czy konieczny jest pozew. Niemniej w praktyce większość przypadków da się łatwo ocenić: jeśli od momentu, gdy klient zakomunikował bankowi, że uważa umowę za nieważną (na piśmie lub pozwem), minęły już ponad 3 lata (liczone do końca danego roku), to roszczenie banku jest przedawnione.
Efekt? Jeżeli roszczenie banku o zwrot kapitału uległo przedawnieniu, dochodzi do sytuacji, w której bank nie może odzyskać swoich pieniędzy, za to musi oddać klientowi wszystko, co od niego otrzymał (raty, prowizje, opłaty) wraz z odsetkami za opóźnienie. To dlatego mówi się, że w takim scenariuszu bank de facto finansuje zakup mieszkania kredytobiorcy. Koszt zakupu lokum spoczywa na banku – klient zatrzymuje mieszkanie i nie ma obowiązku spłaty reszty kredytu, bo roszczenie banku przestało istnieć. Dla samych frankowiczów brzmi to jak bajka: po latach niepewności wychodzą nie tylko bez długu, ale często z nadpłatą. Dla banków – jak najgorszy koszmar, w którym ponoszą finansową karę za własne błędy.
Banki kontra przedawnienie: spór o artykuł 117^1 k.c.
Nietrudno zgadnąć, że banki nie pogodziły się bez walki z perspektywą utraty setek tysięcy złotych na każdym unieważnionym kredycie. W sukurs instytucjom finansowym przyszedł dodany w 2018 roku artykuł 117^1 Kodeksu cywilnego. Ten przepis wprowadził wyjątek od reguły przedawnienia: w wyjątkowych przypadkach sąd może – biorąc pod uwagę interesy obu stron – nie uwzględnić upływu terminu przedawnienia przeciwko konsumentowi, jeśli wymagają tego względy słuszności (art. 117^1 §1 k.c.). Mówiąc prościej, bank może próbować przekonać sąd, że choć minęły 3 lata, to ze względów fairness i tak powinno się zasądzić zwrot kapitału od konsumenta. Na taką furtkę banki liczyły – i rzeczywiście masowo zaczęły powoływać się na art. 117^1 k.c. w pozwach przeciw frankowiczom.
Problem w tym, że ta strategia wygląda na dziurawą łódź. Po pierwsze, warunkiem zastosowania art. 117^1 k.c. są „wyjątkowe okoliczności”. Trudno zaś uznać, że mamy do czynienia z wyjątkiem, skoro chodzi o dziesiątki tysięcy podobnych spraw frankowych – tu nie ma jednostkowego, nieprzewidywalnego przypadku, tylko systemowy problem stworzony przez banki.
Po drugie (i ważniejsze), powoływanie się przez bank na „względy słuszności” budzi zgrzyt moralny i prawny: czy można mówić o słuszności w ochronie interesów przedsiębiorcy, który sam stosował nieuczciwe klauzule wobec konsumenta? Sądy słusznie zauważyły, że bank, który naruszył prawo i wpakował klienta w wadliwą umowę, nie może teraz zasłaniać się zasadami współżycia społecznego czy sprawiedliwości, by ratować swoje roszczenia. Taki punkt widzenia pojawił się już w kilku wyrokach sądów powszechnych – bankom wytknięto, że działanie wbrew dobrym obyczajom wyklucza korzystanie z ochrony w imię dobrych obyczajów.
Co więcej, zgodność art. 117^1 k.c. z Konstytucją RP jest poważnie kwestionowana. Przepis ten w praktyce faworyzuje przedsiębiorców (banki) kosztem konsumentów, co wydaje się sprzeczne z konstytucyjnym nakazem ochrony konsumentów (art. 76 Konstytucji). Zamiast chronić słabszą stronę, wyjątek od przedawnienia chroni silniejszego – i to takiego, który wykorzystał niedozwolone zapisy w umowie. Nietrudno przewidzieć, że prędzej czy później jakiś sąd powszechny zada pytanie prawne Trybunałowi Konstytucyjnemu o zgodność art. 117^1 k.c. z ustawą zasadniczą. Gdyby TK (o ile zadziała sprawnie) podzielił tę wątpliwość, sporny przepis zniknie z porządku prawnego – a razem z nim ostatnia deska ratunku dla przedawnionych roszczeń banków.
Już teraz jednak widać, że sądy podchodzą do art. 117^1 k.c. z dużą ostrożnością. W doktrynie sugeruje się, by stosować ten wyjątek wąsko i z umiarem, by nie przerodził się w regułę rozmywającą instytucję przedawnienia. Innymi słowy: sytuacja naprawdę musi być nadzwyczajna, by bankowi „darować” opóźnienie. Czy masowe zaniechanie działań przez cały sektor bankowy można nazwać nadzwyczajnym przypadkiem? Wątpliwe. Dlatego coraz więcej obserwatorów uważa, że artykuł 117^1 k.c. to bubel prawny, który w konfrontacji z frankową aferą nie spełni pokładanych w nim przez banki nadziei.
Pierwsze wyroki z przedawnieniem już są
Obecnie pojawiają się już pierwsze wyroki oddalające pozwy banków o zwrot kapitału. Media obiegły informacje o pierwszych orzeczeniach, w których sądy wprost stwierdzają przedawnienie i wyrzucają powództwa banków z hukiem. Przykładem może być głośna sprawa małżeństwa pozwanych przez Deutsche Bank. Kredyt wzięty w 2008 r., w 2014 r. klienci pozwali bank, w lutym 2023 r. sąd prawomocnie uznał umowę za nieważną. Dopiero wtedy (po niemal 9 latach sporu!) bank poszedł po rozum do głowy i zażądał zwrotu kapitału – i to nie byle jakiego, bo aż 745 tys. zł przy wypłaconym kapitale 465 tys. zł (w kwocie tej zawarto żądanie odsetek i „wynagrodzenia” za korzystanie z pieniędzy). Sąd Okręgowy w Płocku w sierpniu 2024 r. nie miał litości: uznał, że roszczenie banku przedawniło się już z końcem 2017 r., bo 3 lata od wytoczenia przez klientów pierwszego pozwu minęły, zanim bank zdążył zareagować. Pozew banku został oddalony w całości – mówiąc kolokwialnie, bank przegrał wszystko.
Obecna linia orzecznicza zdaje się nie wykluczać, że frankowicze, którzy wytrwali w sporach, mogą liczyć na pełne zwycięstwo. Oczywiście, każda sprawa ma swoje niuanse – w niektórych banki zdążyły złożyć powództwo we właściwym czasie i wtedy klient będzie musiał oddać nominalny kapitał (to wciąż korzystny wynik na tle pierwotnego zadłużenia, bo odpadają odsetki i różnice kursowe). Ale tam, gdzie bank zaspał, sędziowie nie mają skrupułów przed orzeczeniem, że kredytobiorca nie musi zwracać już nic. W praktyce oznacza to, że część frankowiczów rzeczywiście uzyska mieszkania niemal „za darmo” – finansowane przez bank, który udzielił im feralnego kredytu.
Ugoda z bankiem – czy frankowicz ma czego żałować?
Na tle tych rewolucyjnych rozstrzygnięć w trudnej sytuacji psychologicznej znaleźli się frankowicze, którzy zawarli z bankami ugody. Jeszcze parę lat temu ugoda wydawała się rozsądnym rozwiązaniem: banki kusiły przewalutowaniem kredytu po preferencyjnym kursie, obniżeniem salda zadłużenia czy niższym oprocentowaniem. Wielu kredytobiorców, zmęczonych niepewnością i wizją długich procesów, poszło na taki kompromis. Dziś jednak widzą, że ich bardziej niecierpliwi koledzy spłacają dalej kredyty w złotych, podczas gdy ci cierpliwi w sądach mają szansę nie spłacać już nic.
Ugoda z definicji oznacza rezygnację z części roszczeń – zwykle frankowicz zrzekał się prawa do pozwu w zamian za zmianę warunków kredytu. W efekcie osoby, które podpisały ugody, wiążą się z bankiem na nowych warunkach i tracą możliwość „wyzerowania” kredytu w sądzie. Gdy patrzą teraz na wyroki unieważniające umowy i oddalające roszczenia banków, trudno im oprzeć się wrażeniu, że mogli ugrać więcej. Prawnicy wprost mówią, że choć oferta ugodowa może wyglądać atrakcyjnie, to wyrok sądu nadal jest znacznie korzystniejszy. Zwłaszcza że po decyzjach TSUE ryzyko po stronie konsumenta drastycznie zmalało – już wiadomo, jakie sąd zastosuje reguły (np. żadnych „kar” za korzystanie z kapitału), więc proces stał się dla kredytobiorcy bardziej przewidywalny.
Czy to znaczy, że każdy, kto podpisał ugodę, powinien załamywać ręce?
Niekoniecznie – każdy przypadek jest inny. Niektórzy i tak uzyskali sporą ulgę, np. przewalutowanie po kursie znacznie niższym od rynkowego. Inni cenią sobie święty spokój, jaki dała im ugoda – nie muszą już chodzić po sądach ani drżeć, co będzie dalej. Jednak faktem jest, że skala korzyści z ugód blednie w porównaniu z tym, co wywalczyli w sądach najbardziej zdeterminowani frankowicze. Ci drudzy nie tylko unieważnili swoje umowy, ale też odzyskają od banków nierzadko dziesiątki czy setki tysięcy złotych nadpłaconych rat z odsetkami. Różnica finansowa może być ogromna, dlatego niektórzy „ugodowicze” mają prawo czuć ukłucie żalu.
Banki zdają sobie sprawę, że z każdym prokonsumenckim wyrokiem TSUE czy SN chętnych na ugody ubywa. Dlatego zaostrzają grę o niezdecydowanych: propozycje ugodowe są coraz hojniejsze, byle tylko odwieść klientów od drogi sądowej. Paradoksalnie jednak ci, którzy do tej pory wytrzymali i nie poszli na ugodę, mają teraz najsilniejsze karty przetargowe. Widząc, co dzieje się w orzecznictwie, mogą żądać od banku znacznie korzystniejszych warunków albo po prostu iść do sądu po pełną pulę. Bankom grunt pali się pod nogami – im dłużej zwlekały, tym mniej są w stanie ugrać.
Dokąd to wszystko zmierza?
Historia „frankowa” jest żywym przykładem, jak dynamicznie może ewoluować prawo pod wpływem determinacji obywateli i konsekwentnej linii orzeczniczej. Jeszcze kilka lat temu mało kto zakładał, że bank może sfinansować klientowi mieszkanie za swoją stratę – dziś to realna perspektywa, jeśli spojrzeć na sumę wyroków. Aktualna linia orzecznicza polskich sądów (wsparta autorytetem TSUE) pokazuje jasno: nieuczciwe zapisy umów będą eliminowane bez litości, a konsekwencje finansowe tych umów spadną na banki, nie na konsumentów. To ważny sygnał społeczny – około milion polskich obywateli uwikłanych w kredyty frankowe widzi, że prawo jednak potrafi stanąć po stronie słabszych.
Czy można się spodziewać jakichś zwrotów akcji? Niewykluczone są jeszcze dalsze rozstrzygnięcia TSUE, bo polskie sądy wciąż zadają pytania prejudycjalne związane z frankami. Możliwe, że trybunał w Luksemburgu będzie musiał np. ocenić wprost zgodność polskiego art. 117^1 k.c. z prawem unijnym albo z zasadą efektywności ochrony konsumenta. Być może Trybunał Konstytucyjny kiedyś zabierze głos co do przepisów krajowych. Jednak biorąc pod uwagę dotychczasowy kierunek – trudno oczekiwać nagłego odwrócenia trendu. Prawo konsumenckie w UE jest bezlitosne dla nieuczciwych praktyk, a sektor bankowy boleśnie się o tym przekonuje.
Możliwe też, że banki spróbują innej taktyki ratunkowej – na przykład politycznej. W przeszłości pojawiały się pomysły, by ustawowo uregulować kwestie frankowiczów, jednak dziś, po serii wyroków, taka interwencja ustawodawcy byłaby spóźniona i ryzykowna (zderzenie z unijną dyrektywą 93/13 i prawem do sądu). Bardziej prawdopodobny jest scenariusz, że banki przyjmą strategię minimalizacji strat: będą zawierać ugody (choćby późno i na warunkach dyktowanych przez klientów), zwiększać rezerwy finansowe i starać się odbudować zaufanie. Część z nich już to robi, kusząc korzystniejszymi ugodami czy rezygnując z dalszych apelacji tam, gdzie sprawa jest oczywista.
Dla frankowiczów przesłanie na dziś jest takie: ten, kto wytrwał w walce, ma duże szanse wygrać spokój i stabilność finansową. Sądowe unieważnienie umowy stało się normą, a wraz z nim przyszła szansa na definitywne rozliczenie z bankiem – często z korzyścią dla kredytobiorcy, o jakiej nawet nie marzył, zaciągając kredyt lata temu. Oczywiście, każdy orzeczony „prezent” w postaci darmowego mieszkania to także rachunek za błędy dla banku. Ale czy można się temu dziwić? W końcu to banki w pogoni za zyskiem wystawiły swoich klientów na ogromne ryzyko walutowe i prawne, a potem latami chowały głowę w piasek. Teraz role się odwróciły. I choć brzmi to jak gorzka ironia – to właśnie zasady słuszności i sprawiedliwości wymagają dziś, by ciężar konsekwencji poniósł sprawca problemu, nie jego ofiara. Frankowicze może nie dostaną mieszkań za całkiem „darmo”, bo przypłacili to latami stresu i walki, ale z pewnością wychodzą z tej batalii z tarczą. A dla tych, co poszli na ugody, pozostaje cenna lekcja: czasem warto postawić wszystko na jedną kartę i zaufać Temidzie – bo potrafi odpłacić z nawiązką.

