Kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich stały się symbolem walki konsumentów z bankami w minionej dekadzie. Dziś większość tych sporów zmierza ku końcowi – polskie sądy w ok. 99% orzekają już na korzyść frankowiczów, unieważniając ich umowy. Wydawać by się mogło, że sektor bankowy odrobił lekcję i podobne problemy nie wrócą. Tymczasem na horyzoncie rysuje się nowy front: posiadacze kredytów złotówkowych opartych na zmiennej stopie WIBOR coraz głośniej wskazują, że ich umowy również mogą być nieuczciwe. Zwłaszcza po gwałtownym wzroście stóp procentowych w latach 2021–2022 – WIBOR 6M wzrósł z poziomu ok. 0,25% w styczniu 2021 r. do ok. 7,43% w lipcu 2022 r. Skutkiem były dramatycznie rosnące raty kredytów i debata, czy banki miały prawo obciążyć konsumentów tak nieograniczonym ryzykiem bez stosownych ostrzeżeń.
Czy nieprzewidywalny WIBOR stanie się dla „złotówkowiczów” tym, czym kurs franka stał się dla frankowiczów?
Wiele wskazuje, że tak – a być może stawka jest jeszcze większa, bo skala kredytów opartych na WIBOR jest kilkukrotnie większa niż frankowych. Dlaczego wskaźnik WIBOR jest kwestionowany? WIBOR (Warsaw Interbank Offered Rate) od ponad 20 lat stanowi podstawę oprocentowania większości kredytów złotowych w Polsce. Jest to stopa procentowa, po jakiej – w teorii – banki mogłyby pożyczać sobie nawzajem pieniądze na rynku międzybankowym. Przez lata wskaźnik ten uznawano za oczywisty element umów kredytowych, niebudzący zastrzeżeń.
Jednak w ostatnim czasie kredytobiorcy zaczęli dostrzegać szereg wad i nieuczciwych ich zdaniem aspektów związanych z WIBOR-em. Ich zarzuty koncentrują się na dwóch głównych płaszczyznach: braku transparentności oraz przerzuceniu całego ryzyka zmiennej stopy na klienta.
Brak transparentności oznacza, że klienci nie zostali należycie poinformowani o tym, jak działa mechanizm WIBOR i jaki wpływ może mieć na wysokość ich rat. W wielu umowach kredytowych brakowało klarownego wyjaśnienia, skąd bierze się wartość WIBOR, kto ją ustala, według jakiej metody oraz jak bardzo może się ona wahać w długim okresie. Banki nie przedstawiały symulacji ani historycznych danych o zmienności stóp, które pozwoliłyby kredytobiorcy wyobrazić sobie „czarny scenariusz” – np. co by się stało z ratą, gdyby stopy procentowe wróciły do poziomów sprzed kilkunastu lat.
Wielu klientów zaciągało kredyty przy najniższych stopach w historii, nie zdając sobie sprawy, że w czasie trwania ich 20-30 letniego zobowiązania WIBOR może skokowo wzrosnąć. Niestety banki rzadko tłumaczyły im, iż system finansowy oparty jest na pieniądzu inflacyjnym, więc w razie gwałtownej inflacji stopy procentowe (a wraz z nimi WIBOR) mogą poszybować w górę praktycznie bez ograniczeń. Innymi słowy – ryzyko zmiennego oprocentowania po stronie konsumenta jest teoretycznie nieograniczone.
Przerzucenie ryzyka na klienta to druga istotna kwestia. Konstrukcja typowej umowy kredytu złotowego wygląda tak, że oprocentowanie = WIBOR (część zmienna) + marża banku (część stała). Marża jest jawna i ustalana w umowie – to czysty zysk banku. WIBOR natomiast miał odzwierciedlać koszt pozyskania pieniądza przez bank. W praktyce jednak cała niepewność związana ze zmianami stóp procentowych spoczywa na barkach kredytobiorcy.
Gdy WIBOR rośnie, automatycznie rosną raty płacone przez konsumenta, podczas gdy interes banku jest zabezpieczony. Banki zabezpieczają się przed ryzykiem wzrostu stóp za pomocą instrumentów pochodnych (np. swapów procentowych), a dodatkowo rosnący WIBOR często poprawia wyniki banku – więcej zarabia on na odsetkach od kredytów, niż musi płacić posiadaczom lokat.
Tymczasem klient nie ma żadnej „poduszki bezpieczeństwa”. W umowach brak jest mechanizmów typu cap (górny limit oprocentowania) czy opcjonalnych ubezpieczeń od wzrostu stóp. Owszem, istnieje ustawowy limit odsetek maksymalnych, ale jest on złudny – zależy od stopy NBP, która w warunkach wysokiej inflacji również może być bardzo wysoka. W efekcie nie daje to realnej ochrony przed drastycznym wzrostem rat.
Kredytobiorcy podnoszą, że takie nierównomierne rozłożenie ryzyka narusza równowagę kontraktową – bank zawsze zarobi swoją marżę i może dodatkowo zyskiwać na rosnącym WIBOR-ze, podczas gdy konsument ponosi nieograniczone ryzyko wzrostu kosztu kredytu.
Czy WIBOR odzwierciedla realny koszt pieniądza?
Kolejny punkt sporny dotyczy samej natury wskaźnika WIBOR. Banki przedstawiają go jako obiektywny, rynkowy miernik kosztu pieniądza, ustanowiony zgodnie z prawem (od 2018 r. regulowany unijnym rozporządzeniem BMR i administrowany przez spółkę GPW Benchmark pod nadzorem KNF).
W praktyce jednak krytycy wskazują, że WIBOR przez lata funkcjonował w oderwaniu od faktycznych realiów rynkowych. Przed grudniem 2020 r. stawka WIBOR ustalana była de facto przez środowisko bankowe – najpierw przez związek banków, potem przez ACI Polska – bez formalnego zatwierdzenia przez organ nadzoru.
Co więcej, już od kryzysu finansowego 2008 r. zauważono, że rynek międzybankowy praktycznie zamarł – banki przestały sobie nawzajem pożyczać pieniądze na dłuższe terminy z obawy o płynność. WIBOR, który z definicji miał opierać się na oprocentowaniu takich transakcji, coraz mniej wynikał z realnych umów, a coraz bardziej z deklaracji banków składanych podczas codziennego fixingu.
Innymi słowy, wskaźnik zaczął żyć własnym życiem na papierze, oderwany od transakcji zawieranych na rynku. Już w 2012 r. Narodowy Bank Polski sygnalizował, że panel WIBOR nie odzwierciedla rzeczywistości – niektóre banki panelowe unikały zawierania transakcji po stawkach, które same zadeklarowały, co czyniło z WIBOR-u konstrukcję czysto teoretyczną.
Dopiero od 2020 r. do metodologii wprowadzono tzw. „kaskadę danych”, aby oprzeć wyliczenia w pierwszej kolejności na faktycznych transakcjach zgodnie z wymogami BMR.
Ale nawet obecnie, jeśli rzeczywistych depozytów międzybankowych brak, stosuje się dane zastępcze i modele eksperckie, co nadal nie czyni WIBOR-u w pełni rynkowym wskaźnikiem. Eksperci podkreślają, że brak dowodu celowej zmowy czy manipulacji stawką nie oznacza, iż mechanizm jej ustalania był wolny od wad.
Nawet bez nielegalnych działań WIBOR mógł funkcjonować w sposób systemowo wadliwy – niereprezentatywny, odbiegający od realiów rynku i obarczony potencjalnym konfliktem interesów.
Właśnie konflikt interesów jest tu kluczowym zagadnieniem. Banki same ustalają wskaźnik, który decyduje o wysokości ich przychodów z odsetek – to rodzi pokusę nadużyć. Jak zauważyli analitycy NBP, już w 2013 r. polskie banki miały około 450 mld zł aktywów powiązanych z WIBOR (np. kredyty), a tylko ok. 100 mld zł pasywów opartych na WIBOR (np. depozyty).
Oznaczało to, że wzrost WIBOR-u był dla nich finansowo korzystny – dodatkowe odsetki od kredytów wielokrotnie przewyższały ewentualny wzrost kosztów odsetek od depozytów. NBP wprost wskazał, że w takiej sytuacji banki „mogłyby mieć pokusę, aby sztucznie zawyżać te stawki”.
I rzeczywiście, w latach stabilnych stóp NBP zdarzało się, że WIBOR rósł, choć oficjalne stopy procentowe stały w miejscu – np. w 2012 r. WIBOR 3M i 6M podniósł się o ok. 0,5 pkt proc. bez ruchu ze strony RPP.
Takie epizody rodziły pytania, czy przypadkiem banki nie windowały nieco stawek WIBOR, korzystając z braku transparentności procesu ich ustalania. Nawet minimalne podniesienie średniego poziomu WIBOR przekłada się bowiem na kolosalne zyski sektora bankowego – mówimy o setkach miliardów złotych udzielonych kredytów, więc każda dodatkowa dziesiąta część procenta to setki milionów złotych ekstra dochodu dla banków rocznie. Z perspektywy konsumenta taka sytuacja oznacza zaś ukrytą marżę. Bank oficjalnie pobiera od kredytobiorcy ustaloną marżę (np. 2%), ale ponadto może „dokładać” coś dla siebie w wysokości WIBOR-u, jeśli ten wskaźnik jest wyższy niż wynikałoby to z czystych realiów rynkowych. Kredytobiorca nie ma żadnej kontroli ani nawet pełnej wiedzy o tym, czy tak się dzieje.
Co na to prawo i sądy?
W obliczu powyższych wątpliwości coraz więcej kredytobiorców decyduje się na kroki prawne. Na razie liczba pozwów w sprawie kredytów WIBOR-owych to ułamek tego, co przerabialiśmy przy kredytach frankowych – według szacunków na koniec września 2025 r. w sądach było ok. 5090 spraw dotyczących umów opartych o WIBOR, z tendencją wzrostową w 2026 r. W dodatku pierwsze rozstrzygnięcia często były dla klientów niepomyślne – część sędziów uznawała, że skoro WIBOR jest oficjalnie publikowanym wskaźnikiem w Polsce, to nie można go podważać, a banki rzekomo dopełniły obowiązków informacyjnych.
Jednak sytuacja dynamicznie się zmienia. Po pierwsze, wiele spraw zostało zawieszonych w oczekiwaniu na wskazówki z Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE). Po drugie, na poziomie europejskim zapadły już orzeczenia dające kredytobiorcom argumenty do ręki.
Przykładem jest wyrok TSUE z 12 grudnia 2024 r. w sprawie hiszpańskiego wskaźnika IRPH – odpowiednika naszego WIBOR-u (sygn. C-300/23). Trybunał uznał, że nawet jeśli dany wskaźnik referencyjny jest oficjalny i publikowany przez władze, to nie zwalnia to banku z obowiązku przedstawienia konsumentowi w przejrzysty sposób mechanizmu oprocentowania i potencjalnych skutków ekonomicznych zmiennej stopy.
Innymi słowy, sama obecność indeksu w przepisach czy w publicznych źródłach nie oznacza automatycznie uczciwości – klauzula oparta na takim indeksie nadal może zostać uznana za abuzywną, jeśli bank nie dochował wymogu transparentności wobec klienta. Ta logika ma zastosowanie do każdego wskaźnika, również WIBOR-u.
Rzecznik Generalna TSUE w opinii z 11 września 2025 r. potwierdziła zresztą, że polski sąd ma prawo badać, czy stosowanie WIBOR-u w konkretnej umowie jest nieuczciwe względem konsumenta – bo żaden przepis wprost nie nakazuje bankom używania akurat WIBOR-u.
Co ważne, Rzecznik zaznaczyła zarazem, że sądy nie będą kwestionować samego istnienia indeksu WIBOR ani procesu jego administracji, a jedynie sposób, w jaki posłużono się nim w relacji z konsumentem (czyli np. czy wyjaśniono mu należycie zasady działania i ryzyka). Wiele wskazuje, że w 2026 r. zapadną przełomowe rozstrzygnięcia. Już 12 lutego 2026 r. TSUE ma ogłosić wyrok w polskiej sprawie dotyczącej WIBOR (pytania prejudycjalne Sądu Okręgowego w Częstochowie, sygn. C-471/24). Sędziowie będą musieli przesądzić m.in., czy klauzule odwołujące się do WIBOR-u podlegają ocenie z punktu widzenia nieuczciwych warunków umownych (dyrektywa 93/13).
Do tej pory część polskich sądów przyjmowała argumentację banków, że skoro WIBOR wynika z unijnego rozporządzenia BMR, to jest elementem narzuconym zewnętrznie, a więc wyjętym spod działania przepisów o klauzulach abuzywnych. Jeżeli TSUE się z tym nie zgodzi – a opinia Rzecznik Generalnej sugeruje, że raczej się nie zgodzi – to otworzy to drogę do merytorycznego badania tych umów.
Wtedy polskie sądy będą musiały odpowiedzieć na kolejne pytanie: czy nieprzejrzyste wprowadzenie WIBOR-u i związana z tym nierównowaga stron (nieograniczone ryzyko po stronie konsumenta) czynią umowę rażąco krzywdzącą klienta?
Na logikę unijnej dyrektywy odpowiedź powinna brzmieć: tak, czynią. I wreszcie kluczowa kwestia: skutek dla umowy.
Czy w razie uznania klauzuli WIBOR za nieuczciwą, umowa może dalej obowiązywać bez WIBOR-u, czy musi upaść w całości?
To również zagadnienie, nad którym pochyli się TSUE. Co może zyskać kredytobiorca? Jeśli sąd uzna, że klauzula odsyłająca do WIBOR-u jest abuzywna (nieuczciwa), konsument ma dwie główne ścieżki wyjścia z niekorzystnej sytuacji. Pierwsza to unieważnienie całej umowy kredytu. Tak jak we frankach – eliminacja niedozwolonego elementu (tu: mechanizmu zmiennego oprocentowania) może skutkować brakiem możliwości dalszego wykonywania kontraktu. Wówczas kredyt uważa się za nieważny od początku, a strony rozliczają się z tego, co sobie świadczyły. Klient oddaje bankowi tylko sam pożyczony kapitał, zaś bank zwraca klientowi wszystkie zapłacone raty odsetkowe i inne koszty.
Często rozliczenie to wychodzi na korzyść kredytobiorcy, zwłaszcza jeśli spłacał kredyt przez wiele lat – może się okazać, że oddał już znaczną część kapitału wraz z odsetkami. Nawet jeśli pozostała do zwrotu kwota kapitału, to zwykle jest ona niższa niż saldo długu widniejące w harmonogramie (bo to ostatnie zawierało narosłe odsetki).
Unieważnienie oznacza więc dla klienta uwolnienie się od długotrwałego zobowiązania i odzyskanie kontroli nad swoim finansami. Z drugiej strony, wiąże się z koniecznością rozliczenia z bankiem – co może być wyzwaniem, gdy duża część kapitału wciąż nie została faktycznie spłacona.
Pojawiają się tu pytania, czy bank miałby prawo żądać natychmiastowego zwrotu brakującej kwoty, czy np. powinien zgodzić się na spłatę w ratach w pierwotnie ustalonym terminie. Orzecznictwo dopiero będzie musiało się z tym zmierzyć.
Pewne wskazówki dał TSUE w wyroku dotyczącym frankowiczów (sprawa C-520/21), sugerując, że sąd krajowy powinien w miarę możliwości tak ukształtować skutki unieważnienia, aby nie narażać konsumenta na nieproporcjonalne trudności finansowe.
Można więc argumentować, że jeśli kredytobiorca miał spłacać kapitał przez 30 lat, to unieważnienie nie powinno zmuszać go do oddania reszty w tydzień czy miesiąc – raczej pozwolić kontynuować spłaty w rozsądnym terminie. Na konkretne rozwiązania przyjdzie jednak poczekać.
Druga ścieżka to „odwiborowanie” kredytu, czyli pozostawienie umowy w mocy, ale usunięcie z niej wskaźnika WIBOR. Wówczas kredyt dalej jest spłacany zgodnie z pierwotnym harmonogramem, lecz oprocentowanie stanowi wyłącznie marża banku (część stała). Przekłada się to na dramatyczne zmniejszenie rat – praktycznie do poziomu jak przy kredycie o stałym niskim oprocentowaniu.
Dla kredytobiorcy to scenariusz bardzo korzystny: zachowuje on kredyt (co często oznacza też zachowanie korzystnej długości okresu spłaty, brak konieczności natychmiastowej spłaty kapitału), a jednocześnie pozbywa się niepewności co do wysokości rat.
Co istotne, umowa pozostaje odpłatna – bank wciąż zarabia swoją marżę, więc trudno mówić o nadmiernym pokrzywdzeniu instytucji finansowej. Oczywiście dla banku to mniej dochodowy kontrakt niż zakładano, ale podobnie stało się z frankowymi kredytami po tzw. odfrankowieniu (które zamieniło je na zwykłe złotowe z niską stawką LIBOR). Kontynuacja umowy bez WIBOR-u bywa postrzegana jako rozwiązanie bardziej przyjazne dla konsumenta niż unieważnienie – unika się wtedy niepewności co do rozliczeń i ewentualnych sporów o korzystanie z kapitału. Co prawda część prawników twierdzi, że usunięcie zmiennej stopy zmienia główny przedmiot umowy, ale jeśli spojrzeć na analogię z kredytami walutowymi, polskie sądy akceptowały utrzymanie takich umów w mocy po wyrzuceniu niedozwolonego elementu.
Decydujące znaczenie ma tutaj wola konsumenta – jeśli to dla niego korzystniejsze i wyrazi na to zgodę, sąd powinien rozważyć utrzymanie umowy. Zresztą jedno z pytań prejudycjalnych z Częstochowy dotyczy właśnie tego, czy możliwe jest dalsze wykonywanie umowy o kredyt hipoteczny po usunięciu WIBOR-u (czyli de facto z oprocentowaniem równym samej marży). Odpowiedź TSUE na to pytanie będzie miała ogromne znaczenie praktyczne.
Czy czeka nas powtórka z frankowiczów?
Spory o kredyty złotówkowe dopiero nabierają tempa. Można dostrzec wiele analogii do batalii frankowej: początkowo sceptycyzm sądów, zniechęcanie klientów przez banki, a potem stopniowa zmiana linii orzeczniczej pod wpływem prawa UE i determinacji kredytobiorców.
W przypadku frankowiczów przełomowe okazały się wyroki TSUE, które wymusiły na polskim wymiarze sprawiedliwości pełne stosowanie przepisów o ochronie konsumenta. Teraz zapewne podobną rolę odegrają rozstrzygnięcia dotyczące WIBOR-u. Gdy tylko TSUE jasno potwierdzi, że klauzule WIBOR-owe można badać pod kątem uczciwości, a obowiązki informacyjne były niedopełnione – ruszy lawina pozwów.
Szacuje się, że łączna wartość kredytów hipotecznych opartych na WIBOR-ze w Polsce idzie w setki miliardów złotych – to wielokrotnie więcej niż portfel frankowy. Rewolucja może więc mieć jeszcze większy rozmach, jeśli sądy przyznają rację „złotówkowiczom”. Oczywiście banki oraz instytucje państwowe starają się bronić status quo, przekonując, że WIBOR jest fundamentem systemu finansowego, uregulowanym i nadzorowanym wskaźnikiem, którego kwestionowanie nie ma podstaw.
W ostatnich miesiącach KNF, NBP i Ministerstwo Finansów zgodnym frontem zapewniają o prawidłowości wyznaczania WIBOR-u i przestrzeganiu przez banki prawa. Jednak podobne głosy słyszeliśmy kiedyś w obronie „świętości” bankowych kursów walut czy polisoklat – dopóki nie zweryfikowały ich niezależne sądy.
Dla kredytobiorców złotowych najbliższe lata mogą przynieść znaczącą ulgę. Jeżeli argumenty o nieuczciwości WIBOR-u się przebiją, tysiące osób uzyska szansę na sprawiedliwość: albo uwolnienie od długu, albo przynajmniej uczynienie jego kosztu przewidywalnym i uczciwym.
Historia frankowiczów pokazała, że warto dochodzić swoich praw – choć zajmuje to czas i wymaga determinacji, ostatecznie prawo konsumenckie stoi po stronie obywateli, nie korporacji. Być może za kilka lat określenie „WIBORowicz” wejdzie do języka tak samo jak „frankowicz” – oznaczając kogoś, kto skutecznie rzucił wyzwanie nieuczciwym praktykom banku i wygrał swoje bezpieczeństwo finansowe z powrotem.
Na razie jednak jesteśmy świadkami początków tej batalii. Pierwsze strzały już padły, obie strony mobilizują siły, a Temida ponownie stoi przed egzaminem z wrażliwości na słabszego uczestnika rynku. Jeśli wyciągnęła lekcję z poprzedniej wojny o franki, tym razem droga do wygranej konsumentów może okazać się krótsza.
Jedno jest pewne: stawka w grze jest wysoka, bo chodzi o zaufanie do rynku finansowego i poczucie bezpieczeństwa setek tysięcy polskich rodzin. A to wartości, których nie wolno poświęcać nawet na ołtarzu stabilności sektora bankowego.
