W przeddzień ogłoszenia opinii rzecznika generalnego Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE) w sprawie legalności wskaźnika WIBOR obserwujemy wzmożoną ofensywę medialną ze strony sektora bankowego. W prasie i portalach ekonomicznych pojawiają się komentarze prawników związanych z bankami, mające uspokoić nastroje i ukształtować opinię publiczną jeszcze przed publikacją oficjalnego stanowiska TSUE. Celem jest wyprzedzające wpływanie na narrację – tak, aby klienci banków i uczestnicy rynku uwierzyli, że „nic się nie stało”, a zbliżająca się opinia to tylko formalność bez większych konsekwencji. Warto jednak przyjrzeć się tym przekazom krytycznie: gdzie bankowi eksperci mają rację, a gdzie dopuszczają się manipulacji lub przemilczeń, by chronić interesy sektora?
Stabilność systemu finansowego kontra prawa konsumentów
Reprezentanci banków podkreślają wagę stabilności gospodarki i pewności prawa, jaką gwarantować ma utrzymanie dotychczasowych umów. Tomasz Leśko – radca prawny i partner w kancelarii obsługującej instytucje finansowe – już na wstępie swojego komentarza stawia tezę, że stawką w sporze o WIBOR jest właśnie stabilność ekonomiczna oparta na dotrzymywaniu umów i przewidywalności orzecznictwa. Jego zdaniem ostatnie lata przyniosły niebezpieczną „modę” na podważanie umów kredytowych przez konsumentów, zapoczątkowaną sukcesami tzw. frankowiczów w sądach. Leśko sugeruje wręcz, że „apetyt rośnie w miarę jedzenia” – po wygranych w sprawach frankowych kredytobiorcy mieli nabrać odwagi do kwestionowania kolejnych kontraktów, a kolejnym celem stały się kredyty złotówkowe oparte o WIBOR. Z jego perspektywy taka eskalacja roszczeń to długofalowo zjawisko społecznie szkodliwe, grożące podkopaniem zaufania do całego systemu finansowego.
Nie sposób negować, że stabilność sektora bankowego jest istotna – na oprocentowaniu opartym o WIBOR opiera się w Polsce nie tylko większość kredytów hipotecznych od 2013 r., ale i ogromna liczba umów pożyczek, leasingów czy obligacji. Ewentualne masowe unieważnianie takich umów mogłoby wywołać poważne reperkusje finansowe. Przedstawiciele banków słusznie zatem zauważają, że gra toczy się o dużą stawkę i należy zachować ostrożność. Mają też rację podkreślając, iż opinie TSUE nie mogą zaprzeczać fundamentalnym regulacjom unijnym – w tym przypadku tzw. rozporządzeniu BMR regulującemu wskaźniki referencyjne. WIBOR to indeks tworzony według unijnych standardów i nadzorowany przez KNF oraz GPW Benchmark, co odróżnia go od dzikich wskaźników pozbawionych kontroli. Jak przypomina Leśko, dotychczas nie stwierdzono żadnych manipulacji WIBOR-em przez banki, a sam wskaźnik jest wyliczany według ściśle określonych zasad przez niezależnego administratora, w zgodzie z prawem UE. Te informacje to istotne fakty – warto je mieć na uwadze, by nie popadać w skrajność i nie traktować WIBOR-u jak nielegalnej „ściemy”.
Bankowi prawnicy słusznie też wyjaśniają, że mechanizm ustalania WIBOR jest jawny i uregulowany, więc nie można oczekiwać od banków, by każdemu klientowi tłumaczyły w umowie zawiłe szczegóły matematyczne tego procesu. Zgodnie z orzecznictwem TSUE, instytucje finansowe muszą rzetelnie informować o ryzyku zmiennego oprocentowania, ale nie mają obowiązku przedstawiać technicznej formuły wyliczania indeksu, która i tak jest publicznie dostępna. W praktyce zatem konsument powinien zostać ostrzeżony, że rata kredytu może wzrosnąć wraz ze wzrostem stóp procentowych, natomiast niekoniecznie musi otrzymać kilkusetstronicowy załącznik o algorytmach – co zresztą mogłoby paradoksalnie utrudnić zrozumienie umowy. Trzeba przyznać rację tym argumentom: nadmierna formalizacja informacji może być przeciwskuteczna, a obowiązujący już polski ustawowy wymóg informowania o ryzyku przy kredytach zmiennoprocentowych wydaje się właściwym kompromisem.
Narracja „WIBOR to nie franki” – porównania i przemilczenia
Mimo powyższych zasadnych punktów, narracja forsowana przez niektórych ekspertów bankowych zawiera też elementy sugestywne i jednostronne. Wspomniany komentarz Tomasza Leśki nosi znamienny podtytuł: „WIBOR to nie franki”, sugerując od razu odmienność obecnego sporu od głośnych spraw kredytów frankowych. To prawda, że istnieją istotne różnice między kredytami frankowymi a złotówkowymi opartymi o WIBOR, jednak argumentacja Leśki miejscami idzie o krok za daleko, próbując zdyskredytować wszelkie analogie. Autor wskazuje, że po stronie obrony WIBOR-u stoi Komisja Europejska i polski rząd, którzy zgodnie twierdzą, iż wskaźnik jest zgodny z prawem i osadzony w przepisach unijnych – a więc brak podstaw, by podważać go na gruncie dyrektywy konsumenckiej 93/13. Takie stwierdzenie pomija jednak fakt, że opinie KE czy rządu w sprawie prejudycjalnej są elementem sporu i reprezentują interes określonej strony. Nie przesądzają one automatycznie o braku nieprawidłowości, zwłaszcza że oceny instytucji państwowych bywały już korygowane przez TSUE. Innymi słowy, powoływanie się na autorytet Komisji i rządu to retoryka odwołująca się do argumentu z instancji, która ma wywrzeć wrażenie, że skoro władze popierają WIBOR, to cała sprawa jest wydumana. W rzeczywistości TSUE oceni konkretnie, czy wykorzystanie WIBOR w umowach z konsumentami mogło naruszyć ich ochronę, niezależnie od tego, kto dziś staje po jakiej stronie sporu.
Podobnie dyskusyjne jest twierdzenie, że badanie WIBOR-u pod kątem klauzul abuzywnych byłoby „sprzeczne z celem regulacji BMR” i mogłoby podważyć cały system wskaźników referencyjnych w UE. Brzmi to jak scenariusz rodem z katastroficznego filmu – jeden wyrok rzekomo miałby zachwiać fundamentami wszystkich indeksów od Euriboru po LIBOR. W rzeczywistości unijny system finansowy jest bardziej złożony. TSUE może zakwestionować pewien aspekt stosowania WIBOR-u w umowach konsumenckich, nie burząc samego mechanizmu jego tworzenia. To, że WIBOR jest tworzony zgodnie z BMR, nie oznacza automatycznie, iż każdy zapis umowy odsyłający do tego wskaźnika jest poza podejrzeniem. Sąd może np. uznać, że jeśli bank niewystarczająco wyjaśnił klientowi ryzyko zmiennej stopy, to taki kontrakt narusza standardy ochrony konsumenta – i zrobić to bez „wyłączania” całego WIBOR-u jako instytucji prawnej. Strach przed efektem domina jest tu wyolbrzymiony i służy raczej zasianiu obaw, że każde podważenie umowy grozi chaosem systemowym.
W narracji bankowych prawników widać też strategię bagatelizowania pierwszych niekorzystnych dla nich sygnałów płynących z polskich sądów. Leśko podkreśla, że „polskie sądy w znakomitej większości oddalają pozwy kredytobiorców złotówkowych” i dotąd nie zapadł żaden prawomocny wyrok podważający prawidłowość WIBOR. To fakt – gros takich spraw jest na wczesnym etapie, a prawomocnych rozstrzygnięć brak. Jednak autor pomija, że podobnie wyglądały początki batalii frankowej: zanim TSUE wydał przełomowe orzeczenie w sprawie Dziubak (C-260/18), wiele pozwów frankowych także było oddalanych w pierwszej instancji. Dopiero linia orzecznicza wytyczona przez trybunał w Luksemburgu odwróciła trend o 180 stopni, co Leśko zresztą sam zauważa we wcześniejszej części tekstu. Dlatego obecna przewaga banków w polskich sądach może okazać się krótkotrwała, jeśli TSUE wskaże nową interpretację przepisów.
Co więcej, gdy już pojawiły się pierwsze jaskółki wyroków korzystnych dla złotówkowych kredytobiorców, narracja bankowa stara się je zdeprecjonować. Przykładem są szeroko komentowane orzeczenia Sądu Okręgowego w Suwałkach z końca 2024 i początku 2025 r., gdzie sąd przyznał rację kredytobiorcom kwestionującym WIBOR. Leśko określa je jako „nieproporcjonalnie nagłośnione” wyjątki, wydane na dodatek przez ten sam skład sędziowski, co ma sugerować ich marginalność. Wskazuje, że argumentacja suwalskiego sądu (m.in. brak informacji o metodzie ustalania WIBOR) stoi w sprzeczności z kształtującą się linią orzeczniczą i przepisami, więc wyroki te zapewne zostaną uchylone w apelacji. Być może tak się stanie – ale warto zauważyć, że zgodnie z logiką banków każdy wyrok dla konsumentów jest traktowany jako błąd, który musi zostać naprawiony. Taka postawa ujawnia zamknięcie na debatę: z góry zakłada się, że racja leży wyłącznie po stronie instytucji finansowych, a wszelkie odstępstwa to pomyłki sądów. To podejście bardziej przypomina marketing i PR niż otwartość na rzetelną analizę prawną. Zamiast rzeczowej dyskusji o tym, czy faktycznie informowanie klientów było wystarczające lub czy konstrukcja umów nie narusza równowagi stron, mamy próby zakrzyczenia wszelkich wątpliwości autorytatywnym zapewnieniem, że „WIBOR jest w porządku i koniec tematu”.
Znaczenie opinii rzecznika TSUE – fakt czy bagatelizowanie?
Innym polem do subtelnych manipulacji jest interpretacja znaczenia samej opinii rzecznika generalnego TSUE. Tutaj akurat głosy bankowych przedstawicieli częściowo pokrywają się z bardziej wyważonymi komentarzami niezależnych ekspertów. Wszyscy zgadzają się co do podstawowego faktu: opinia rzecznika to jeszcze nie wyrok. Marek Kobylański w swoim artykule wprost przypomina, że rzecznik „nie wydaje wyroku”, a jego stanowisko „to nie los na loterii ani ruletka – ale też nie wyrok”. Sektor bankowy słusznie zatem studzi emocje: publikacja opinii (11 września) nie rozstrzygnie automatycznie losu milionów umów. Na ostateczny wyrok TSUE poczekamy do początku 2026 roku, a dopiero on będzie wiążący dla sądów krajowych.
W komentarzach pojawia się jednak wyraźna próba zminimalizowania wagi samej opinii. Leśko zaznacza, że choć opinia z 11 września z pewnością „ożywi emocje wokół tematu”, to „nadal nie przesądzi o niczym”. Ten przekaz – jakkolwiek poprawny technicznie – może uśpić czujność obserwatorów. Warto zestawić go ze spostrzeżeniami Kobylańskiego, który przytacza twarde dane: w około 75–80% przypadków TSUE podąża śladem opinii rzecznika. Opinia nie jest więc prawniczym wróżeniem z fusów, lecz bardzo często „przedsmakiem tego, co wkrótce ogłosi TSUE”. Stanowi rodzaj drogowskazu – jak ujął to autor – „dobrze ustawionej nawigacji”, która wskazuje kierunek orzeczenia. Rzecznik generalny pełni rolę pomocniczego sędziego, który analizuje sprawę i proponuje Trybunałowi rozwiązanie. Ignorowanie tego „pierwszego dzwonka ostrzegawczego” może okazać się dla banków kosztownym błędem. Przekonali się o tym już przy okazji spraw frankowych – Kobylański przypomina, że banki początkowo bagatelizowały sygnały płynące z opinii rzeczników, by potem przegrywać lawinowo w sądach. Dlatego należy zachować zdrowy rozsądek: nie panikować 11 września, ale też nie zamiatać pod dywan ewentualnej niekorzystnej dla sektora oceny rzecznika. To będzie ważny sygnał, na który powinni zwrócić uwagę zarówno kredytobiorcy, jak i same banki.
Czy czeka nas chaos? Potrzeba rzetelnej debaty zamiast straszenia
Banki ostrzegają przed czarnym scenariuszem: masowe unieważnienia umów, tsunami pozwów, setki miliardów złotych potencjalnych strat dla sektora, co rzekomo miałoby zdestabilizować gospodarkę. Owszem, skala kredytów złotówkowych jest ogromna i nikt rozsądny nie postuluje pochopnych działań mogących wywołać kryzys finansowy. Ale między chaosem a sprawiedliwością kontraktową istnieje szeroka skala rozwiązań. Warto zauważyć, że spór o WIBOR nie musi oznaczać anarchii prawnej, o ile podejdziemy do niego z chłodną głową. Zamiast marketingowych haseł i straszenia armagedonem, potrzebna jest rzetelna debata prawna: jakie prawa mieli konsumenci, czy banki należycie je respektowały i jak ewentualnie naprawić dostrzeżone nieprawidłowości bez wywracania stolika.
Historia spraw frankowych uczy, że sektor bankowy potrafił straszyć konsekwencjami (mówiono choćby o upadku niektórych banków czy zachwianiu systemu), a tymczasem orzecznictwo prokonsumenckie nie doprowadziło do katastrofy, choć wymusiło korektę praktyk i rezerw finansowych. Prawo znajduje mechanizmy równoważące – choćby mediacje, ugody, czy działania regulatorów – które mogą zamortyzować skutki niekorzystnych dla banków rozstrzygnięć. Już teraz zresztą w Polsce trwają prace nad reformami wskaźników referencyjnych (przejście z WIBOR na WIRON), co pokazuje, że rynek sam dostosowuje się do wymogów większej transparentności. Innymi słowy, nawet jeśli TSUE przyzna konsumentom rację w pewnym zakresie, skutkiem nie będzie „masowy chaos”, a raczej dostosowanie systemu do nowych standardów. Warunkiem jest jednak dialog oparty na faktach i prawie, nie zaś na jednostronnej narracji marketingowej.
TSUE jako języczek u wagi – równowaga między klientem a bankiem
W całej tej dyskusji nie można zapominać o szerszym kontekście: orzecznictwo TSUE stało się w ostatnich latach kluczowym czynnikiem przywracającym równowagę między konsumentami a potężnymi instytucjami finansowymi. Marek Kobylański trafnie zauważa, że Trybunał Sprawiedliwości UE swoimi wyrokami odciska coraz silniejsze piętno na polskim systemie prawnym. Gdy krajowe sądownictwo przez lata pozostawało w impasie lub brakowało jednoznacznej linii orzeczniczej – jak to miało miejsce w sporach frankowych – interwencje TSUE wyznaczały kierunek i dawały konsumentom narzędzie do dochodzenia sprawiedliwości. Wyrok w sprawie Dziubaków z 2019 r. zmienił o 180 stopni sytuację frankowiczów, pokazując, że czasem dopiero europejski trybunał jest w stanie zapewnić słabszej stronie realną ochronę. Podobnie orzeczenie z czerwca 2023 r., potwierdzające że bankom nie należy się dodatkowe wynagrodzenie za korzystanie z kapitału po unieważnieniu umowy, przyniosło ulgę tysiącom kredytobiorców. To wszystko przykłady równoważenia szali – tam gdzie praktyki rynkowe lub interpretacje prawa krajowego przechylały ją na korzyść banków, TSUE przywracał równowagę, kierując się zasadą ochrony konsumenta.
Dlatego tak ważne jest, by nie deprecjonować roli TSUE w rozstrzyganiu tego typu sporów. Sugerowanie, że „nie ma tematu, bo banki mają rację” stoi w sprzeczności z duchem prawa unijnego, które nakazuje badać faktyczną równowagę kontraktową. Rzecznik generalny TSUE, wydając opinię, zapewne odniesie się merytorycznie do pytań zadanych przez polski sąd. Być może wskaże, jak pogodzić przepisy dyrektywy konsumenckiej z regulacjami dotyczącymi benchmarków finansowych – i niezależnie od tego, po której stronie sporu opowie się w konkluzji, jego głos będzie wynikał z analizy prawa, a nie interesów lobby. Taki niezależny głos jest potrzebny, by rozwiać wątpliwości i wskazać kierunek naszym sądom. Ostateczne orzeczenie TSUE za kilka miesięcy stanie się częścią prawa, które banki – czy im się to podoba czy nie – będą musiały wkomponować w swoje działania. To zdrowy mechanizm demokratyczny: nawet najwięksi gracze rynkowi podlegają regułom, które mają chronić obywateli przed nadużyciami.
Potrzeba transparentności i edukacji klientów – lekcja na przyszłość
Na koniec warto zadać pytanie: dlaczego w ogóle doszło do sytuacji, w której tysiące kredytobiorców czują się pokrzywdzeni i szukają ratunku w sądach? Zarówno saga frankowa, jak i rodzący się spór o WIBOR obnażają pewien słaby punkt rynku finansowego – niewystarczającą transparentność i edukację klientów w zakresie ryzyka. Przez lata wiele osób zaciągało kredyty nie w pełni świadomie, jak dramatycznie może zmienić się wysokość raty w zależności od kursu waluty czy stopy procentowej. Banki formalnie przekazywały informacje, często ograniczając się do zapisów drobnym drukiem w umowie lub lakonicznych formułek. Dopiero gdy przyszły zawirowania (gwałtowny wzrost kursu franka, skok stóp procentowych i WIBOR), klienci odczuli na własnej skórze skutki ryzyka, o którym nie mieli pełnego wyobrażenia. Wielu z nich twierdzi, że nikt im tego ryzyka jasno nie wytłumaczył albo że byli zapewniani o stabilności sytuacji.
Dlatego niezależnie od tego, jak zakończy się batalia prawna o WIBOR, sektor finansowy musi odrobić lekcję z komunikacji i uczciwości wobec klientów. Transparentność nie może ograniczać się do spełnienia minimum wymogów formalnych – powinna oznaczać klarowne przedstawienie klientowi potencjalnych scenariuszy: „Twoja rata może wzrosnąć nawet dwu- czy trzykrotnie, jeśli stopy procentowe pójdą w górę”. Jeśli takich słów zabrakło w rozmowach z doradcami kredytowymi, nic dziwnego, że dziś czują się oni oszukani. Również państwo – nadzór finansowy, bank centralny – powinni aktywnie edukować społeczeństwo w okresach prosperity, gdy kredyty są tanie, przypominając, że to, co niskie, może być kiedyś wysokie.
Sprawa WIBOR jest więc nie tylko sporem o klauzule i paragrafy, ale też wezwaniem do zmiany podejścia w relacji instytucja finansowa – klient. Mniej marketingu, więcej rzetelnej informacji. Mniej jednostronnych zapewnień, więcej dialogu o ryzykach. Opinie prawników reprezentujących sektor bankowy pokazują, że narracja bywa kształtowana pod z góry założoną tezę – tym bardziej potrzebujemy równoważącego głosu niezależnych ekspertów i sądów. Niezależnie od tego, czy TSUE ostatecznie potrząśnie systemem bankowym, czy ostudzi nadzieje części kredytobiorców, jedno jest pewne: zaufanie w sektorze finansowym buduje się prawdą i przejrzystością, a nie zamiataniem problemów pod dywan. To lekcja, którą wszyscy – banki, regulatorzy i klienci – powinni wynieść z obecnej debaty.
