Dyskusja o tym, jak rozliczać unieważnione kredyty we frankach szwajcarskich, nabrała ogromnej temperatury. W ostatnich dniach na branżowych portalach prawniczo-finansowych pojawiły się artykuły przekonujące, że jedynym sprawiedliwym sposobem rozliczenia banku z kredytobiorcą jest tzw. teoria salda – czyli potrącenie wzajemnych należności stron i rozliczenie tylko różnicy. Autorzy takich publikacji dowodzą, że polskie sądy powinny odejść od dotychczas dominującej „teorii dwóch kondykcji” (oddzielnych roszczeń każdej ze stron) na rzecz teorii salda, bo tak rzekomo wynika z najnowszych orzeczeń Sądu Najwyższego i wymogów prawa UE. Twierdzą oni, że obecna praktyka (dwa osobne procesy: jeden o zwrot rat dla konsumenta, drugi o zwrot kapitału dla banku) prowadzi do mnożenia pozwów, niekończących się procesów i nieproporcjonalnych odsetek, na czym „żerują” głównie kancelarie prawnicze, a nie sami frankowicze. Czy jednak rzeczywiście tak wygląda pełny obraz? Przyglądamy się faktom i dezinformacji w tym sporze – tym bardziej że już 17 grudnia sejmowe komisje mają zająć się tzw. ustawą frankową, która może przesądzić o modelu tych rozliczeń.
Teoria salda czy dwie kondykcje – o co toczy się spór?
Spór dotyczy sposobu rozliczenia po unieważnieniu umowy kredytu frankowego (np. z powodu klauzul niedozwolonych). Według teorii dwóch kondykcji każda strona – bank i kredytobiorca – może osobno żądać zwrotu tego, co świadczyła: konsument odzyskuje wszystkie wpłacone raty, a bank może domagać się zwrotu wypłaconego kapitału. Roszczenia te są niezależne: jeśli kredytobiorca pierwszy wystąpi do sądu i wygra, odzyskuje swoje pieniądze, a bank musi osobno dochodzić zwrotu kapitału w odrębnym procesie. Ten model w ostatnich latach dominował w orzecznictwie polskich sądów powszechnych, zapewniając konsumentom pełną ochronę – m.in. prawo do odsetek ustawowych za czas korzystania przez bank z ich pieniędzy.
Z kolei teoria salda zakłada jednorazowe rozliczenie netto: od sumy wpłaconych rat odejmuje się kwotę kapitału otrzymanego od banku. W efekcie albo bank oddaje konsumentowi tylko nadwyżkę wpłat ponad kapitał, albo – jeśli konsument spłacił mniej niż pożyczył – to konsument musi zwrócić resztę kapitału. Taka saldo ma na celu uniknięcie sytuacji, w której bank wypłaca klientowi pieniądze tylko po to, by zaraz potem je od niego w innym procesie odzyskać. Zwolennicy teorii salda argumentują, że jest ona szybsza, tańsza i “symetrycznie” traktuje obie strony – bo zamyka sprawę w jednym postępowaniu i zapobiega „nadmiernemu uprzywilejowaniu” którejś ze stron. Krytycy odpowiadają, że saldo faktycznie faworyzuje banki, ograniczając prawa konsumenta (np. pozbawia go odsetek za opóźnienie i daje bankowi pewność odzyskania kapitału mimo ewentualnego przedawnienia).
Co twierdzi pro-bankowy artykuł i gdzie rozmija się z prawdą?
W artykule, który ukazał się 15 grudnia br. na portalu Infor.pl, radca prawny Aneta Ciechowicz-Jaworska współpracująca głównie z instytucjami finansowymi przedstawiła stanowisko korzystne dla banków. Przytoczyła serię najnowszych orzeczeń Sądu Najwyższego (aż 11 postanowień SN z okresu lipiec–październik 2025), w których – jej zdaniem – SN “regularnie akcentuje”, że właściwe jest właśnie rozliczenie według teorii salda. SN miał podkreślać w tych orzeczeniach, że model dwóch kondykcji prowadzi do niepożądanych skutków: nadmiernej liczby pozwów, wydłużenia postępowań, kumulowania odsetek i naruszenia równowagi między konsumentem a bankiem.
Autorzy artykułu twierdzą, że Sąd Najwyższy konsekwentnie opowiada się za teorią salda jako bardziej racjonalną i sprawiedliwą, a także zgodną z prawem unijnym – wskazując, iż taka wykładnia “przywraca proporcję sankcji za klauzule abuzywne” (bank nie dostanie wynagrodzenia za kapitał, ale i konsument nie otrzyma „nadmiernej” korzyści w postaci odsetek). Innymi słowy, według tego przekazu saldo gwarantuje sprawiedliwość: bank odda bezprawnie pobrane raty, konsument zwróci kapitał – obie strony “wychodzą na zero” z wyjątkiem sankcji dla banku w postaci braku odsetek czy prowizji.
Sęk w tym, że taka narracja jest jednostronna i pomija kluczowe fakty. Rzeczywiście, Sąd Najwyższy w ostatnich miesiącach wydał kilka orzeczeń skłaniających się ku teorii salda – pierwsze zapadło 22 lipca 2025 r. (sygn. I CSK 652/25), kolejne w październiku (m.in. I CSK 812/25 z 22.10.2025). Była to reakcja na wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 czerwca 2025 (sprawa C-396/24, tzw. Lubrecznik), który dotyczył właśnie zasad rozliczeń po unieważnieniu kredytu. Banki przedstawiły ten wyrok TSUE jako przełom, który rzekomo nakazuje “powrót do teorii salda”.
W rzeczywistości TSUE w sprawie C-396/24 nie stwierdził wprost, że polskie sądy mają zrezygnować z dwóch kondykcji – zwrócił natomiast uwagę, że bank nie może żądać od konsumenta zwrotu pełnego kapitału “od zera”, ignorując dokonane już spłaty.
Mówiąc prościej, Trybunał uznał, iż po unieważnieniu umowy należy uwzględnić to, co klient już oddał bankowi, a nie obciążać go całą kwotą pożyczonego kapitału, jakby nic nie spłacił. Taka konkluzja zgodna jest z zdrowym rozsądkiem i chroni konsumenta – i może być realizowana zarówno poprzez kompensatę (saldo), jak i poprzez dwa odrębne roszczenia (bo nawet w modelu dwóch kondykcji konsument mógłby powołać się na spełnione świadczenia, gdyby bank próbował odzyskać cały kapitał). TSUE nie narzucił więc jednej konkretnej teorii rozliczeń, a jedynie potwierdził, że żadne rozliczenie nie może ignorować spłat dokonanych przez kredytobiorcę.
Mimo to przekaz płynący z części mediów był jednoznaczny: “TSUE przyznał rację bankom – czas na teorię salda”. Frankowiczów zalała fala komentarzy, że oto korzystny dla nich dotąd model dwóch kondykcji został przekreślony, a “rozsądek” i “ekonomia procesu” każą od teraz bilansować wzajemne należności. Tego typu tezy pojawiły się w artykułach pisanych przez prawników związanych z bankami, publikowanych na łamach renomowanych tytułów.
Portal FrankNews (specjalizujący się w tematyce frankowej) alarmuje wręcz, że to element skoordynowanej akcji informacyjnej banków: „renomowani adwokaci, w imię obrony interesów sektora bankowego, są gotowi opowiadać bajki na temat skutków unijnego wyroku […] i postulują powrót do teorii salda”.
FrankNews zauważa, że po czerwcowym wyroku banki wytoczyły najcięższe działa przeciw sądzącym się z nimi kredytobiorcom, traktując to jako ostatnią szansę, by wpłynąć na zmianę linii orzeczniczej w kwestii rozliczeń.
Rzeczywiście, naraz w prasie branżowej zaroiło się od komentarzy zachwalających teorię salda jako panaceum na frankowy kryzys.
Co jest zatem pominięte lub przeinaczone?
Po pierwsze, choć autorka Infor.pl powołuje się na orzeczenia Sądu Najwyższego z ostatnich miesięcy, nie wspomina, że stanowisko SN w sprawie rozliczeń wcale nie jest jednolite. Mało tego – istnieje ważna uchwała pełnego składu Sądu Najwyższego z kwietnia 2024 r., tzw. „duża uchwała frankowa”, która opowiedziała się za dotychczasową linią (a więc za dwiema kondykcjami jako właściwym podejściem). Tę uchwałę SN potwierdził jeszcze wyrokiem z 5 września 2025 (sygn. II CSKP 550/24).
Innymi słowy, jeszcze we wrześniu br. część składów SN stała na stanowisku dokładnie przeciwnym niż to prezentowane obecnie przez inne składy SN. Można więc mówić o sporze wewnątrz samego Sądu Najwyższego. Pro-saldowi komentatorzy próbują ten fakt relatywizować – np. wskazując, że orzeczenia za saldem wydali sędziowie „starego składu” SN (powołani przed reformą KRS), a wyrok z września zapadł w składzie z tzw. neo-sędziami.
To jednak nie zmienia faktu, że formalnie duża uchwała z 2024 r. pozostaje wiążąca dla sądów powszechnych. Tymczasem autorzy cytowanego artykułu sugerują, jakoby linia orzecznicza zmieniła się już na stałe i to sądy powszechne “idą pod prąd”, wciąż trzymając się “starej” teorii dwóch kondykcji. W rzeczywistości sędziowie w terenie mają podstawy prawne, by nadal orzekać według dwóch kondykcji, dopóki kwestia nie zostanie jednoznacznie rozstrzygnięta przepisami lub uchwałą całego SN. Innymi słowy – wbrew sugestii artykułu – to nie sądy rejonowe czy okręgowe samowolnie “buntują się” przeciw SN, lecz raczej SN wysyła sprzeczne sygnały, a ustawodawca dopiero rozważa, co z tym fantem zrobić.
Po drugie, artykuł przypisuje nieczyste motywacje adwokatom reprezentującym frankowiczów, sugerując, że to głównie oni – a nie konsumenci – finansowo korzystają na obecnym modelu rozliczeń. Rzeczywiście, przy modelu dwóch kondykcji kredytobiorcom należą się odsetki ustawowe za opóźnienie w zwrocie spełnionych świadczeń. Im dłużej trwa proces o unieważnienie umowy, tym więcej tych odsetek narasta na korzyść konsumenta (a często i jego pełnomocnika, jeśli pobiera on wynagrodzenie prowizyjne uzależnione od wygranej kwoty). Jak w cytowanym przez Infor.pl wywiadzie obrazowo stwierdziła przedstawicielka Ministerstwa Sprawiedliwości, „im dłużej trwają postępowania, tym większe odsetki generują. A […] konsumentom – a w istocie ich pełnomocnikom – na poziomie czysto finansowym obecnie wciąż opłaca się przeciąganie spraw”. Jest to pewna prawda, ale nie cała prawda. Po pierwsze, odsetki ustawowe pełnią ważną funkcję wynagrodzenia za czasowe pozbawienie konsumenta jego pieniędzy – są formą zadośćuczynienia za to, że bank latami korzystał z kapitału spłacanego w ratach. Odebranie konsumentom tego prawa oznaczałoby, że bank mógł bez kosztów obracać niesłusznie uzyskanymi środkami aż do wyroku.
Po drugie, w praktyce wiele spraw frankowych wcale nie kończy się dwiema osobnymi egzekucjami (klient od banku i bank od klienta). Coraz częściej, po prawomocnym unieważnieniu umowy obie strony po prostu się kompensują – bank zalicza należny mu kapitał na poczet tego, co ma zwrócić frankowiczowi, bez potrzeby drugiego procesu. Prawnicy reprezentujący frankowiczów sami publicznie przyznają, że takie ugodowe rozliczenie następuje w większości spraw i jest korzystne dla klienta, bo kończy spór definitywnie.
Argument, jakoby kancelarie specjalnie “grały na zwłokę”, by ciągnąć sprawy w nieskończoność, jest więc zdecydowanie przesadzony. Owszem, zdarzają się na rynku firmy odszkodowawcze nastawione na zysk, dla których każdy dodatkowy proces to dodatkowe honorarium – nie można jednak generalizować, że wszystkie kancelarie działające po stronie frankowiczów kierują się wyłącznie chciwością kosztem klientów. Wiele z nich toczą sprawy sprawnie i dąży do szybkiego zakończenia sporu – bo zadowolony klient to dla nich najlepsza reklama. Warto też podkreślić, że profesjonalni pełnomocnicy zazwyczaj od początku informują kredytobiorcę o ryzyku tzw. kontrpozwu banku (roszczenia banku o kapitał) i uwzględniają ten scenariusz w strategii prowadzenia sprawy. Sugestie, że konsumenci są masowo nieświadomi możliwości żądania przez bank zwrotu kapitału – i że potrzebna jest ustawa, by ich przed tym ochronić – mijają się z rzeczywistością.
Dlaczego takie publikacje pojawiają się właśnie teraz?
Atmosfera informacyjna wokół frankowiczów nie jest przypadkowa. W środę, 17 grudnia 2025 r., ma się odbyć wspólne posiedzenie komisji sejmowych (m.in. Gospodarki i Rozwoju oraz Sprawiedliwości i Praw Człowieka) w sprawie rządowego projektu tzw. ustawy frankowej. Ustawa ta – przygotowana jeszcze przez poprzedni resort sprawiedliwości – ma na celu usprawnienie postępowań frankowych i odciążenie sądów. W praktyce wprowadza szereg rozwiązań korzystnych dla banków, m.in. umożliwia potrącanie roszczeń (saldo) nawet na późnym etapie sprawy oraz zachęca banki do wycofywania pozwów poprzez zwrot części opłat sądowych.
Rząd i sektor bankowy przedstawiają ten projekt jako “wyjście naprzeciw frankowiczom”, sposób na szybkie i uczciwe rozliczenia – bez mnożenia kosztów i chaosu prawnego. Taki przekaz przebija się też we wspomnianych artykułach: „usprawnienie postępowań leży w interesie konsumentów, tylko prawnicy nastawieni na zysk są przeciw” – słyszymy. Z drugiej strony część niezależnych ekspertów i organizacji społecznych alarmuje, że ustawa w proponowanym kształcie to prezent dla banków kosztem konsumentów.
Rzecznik Praw Obywatelskich Marcin Wiącek w oficjalnych opiniach wskazał szereg poważnych wad projektu – od możliwości niemal nieograniczonego odwlekania przez bank zgłoszenia potrącenia (do końca drugiej instancji), co paradoksalnie może jeszcze bardziej wydłużyć spór, po przepisy mogące pozbawić konsumenta efektywnej dwuinstancyjnej ochrony sądowej. RPO ostrzega wręcz, że niektóre kluczowe zapisy ustawy mogą być niezgodne z Konstytucją RP i unijną dyrektywą 93/13 (tą samą, która chroni konsumentów przed nieuczciwymi warunkami umów).
Były Rzecznik Finansowy i liczni prawnicy wskazują, że ustawa w obecnej formie przede wszystkim uratowałaby bankom przedawniające się roszczenia i pozwoliła odzyskać część kosztów przegranych procesów (dzięki mechanizmowi umorzenia połowy opłaty sądowej przy cofnięciu pozwu). Krótko mówiąc – ustawa frankowa może okazać się bardziej korzystna dla banków niż dla frankowiczów, mimo oficjalnej narracji.
Nic więc dziwnego, że tuż przed kluczowym posiedzeniem komisji obserwujemy medialną ofensywę narracji probankowej. Portale ekonomiczne i prawnicze publikują materiały, które pod pozorem bezstronnych analiz lansują rozwiązania po myśli sektora bankowego. To klasyczna próba wywierania wpływu na ustawodawcę poprzez kształtowanie opinii publicznej i klimatu dyskusji. Jeśli posłowie – niebędący specjalistami od prawa bankowego – przeczytają w uznanym medium, że “Sąd Najwyższy i Trybunał UE jasno wskazali teorię salda, a przeciwnicy to gracze patrzący na własny zysk”, mogą dojść do wniosku, że uchwalenie ustawy w proponowanym brzmieniu jest słuszne i pro-konsumenckie. Taka psychologiczna presja ma znaczenie, zwłaszcza gdy decyzje zapadają szybko. FrankNews już pół roku temu przestrzegał frankowiczów, że banki szykują “medialną jazdę bez trzymanki” – i faktycznie, teraz banki “wytoczyły najcięższe działa” w mediach, by walczyć o zmianę orzecznictwa i korzystne dla siebie prawo.
Podsumowując
Artykuł sugerujący, że “teoria salda” to jedyne słuszne rozwiązanie, a każdy kto ma wątpliwości działa przeciw konsumentom, należy czytać z dużą dozą ostrożności. Zawiera on co prawda elementy prawdy – np. wskazuje na wybrane orzeczenia SN czy realny problem przedłużających się procesów – ale przedstawia je wybiórczo i interpretuje w sposób korzystny głównie dla banków. Jego pojawienie się tuż przed pracami nad ustawą nie jest przypadkowe – to część szerszej gry lobby bankowego o kształt przepisów. Warto zachować krytycyzm i spojrzeć na sprawę szerzej. Ostatecznie rozwiązania prawne powinny wyważyć racje obu stron tak, by ukarać nieuczciwe praktyki banków (co już się dzieje przez unieważnienie umów), ale i w pełni zadośćuczynić poszkodowanym konsumentom – nie zaś odbierać im ustawowo części należnych korzyści pod pretekstem „usprawniania” postępowań. Po intensywnej kampanii informacyjnej najbliższe dni pokażą, czy polscy parlamentarzyści ulegną medialnej presji, czy też podejmą decyzje w oparciu o chłodną analizę i głos niezależnych ekspertów. Jedno jest pewne – w sporze o franki potrzeba teraz więcej rzetelnej informacji, a mniej manipulacji
