Banki wciąż nie mają programów ugód dla kredytów w euro, dolarze i jenie — takich, jakie od kilku lat masowo proponują frankowiczom. To główny wniosek z przeglądu rynku ugód z 29 sierpnia 2026 r. Różnicę między obiema grupami pogłębiła ustawa frankowa: od 7 sierpnia automatycznie wstrzymuje ona spłatę rat po doręczeniu bankowi pozwu, ale obejmuje wyłącznie kredyty we frankach szwajcarskich.
Posiadacze kredytów w pozostałych walutach mogą liczyć co najwyżej na pojedyncze oferty. Część banków zaczęła je składać w 2024 i 2025 r., zwykle jednak dopiero wtedy, gdy kredytobiorca złożył pozew. Kredytów w jenach banki niemal nie ruszają.
Frank ma ustawę, euro czeka na decyzję banku
Od 7 sierpnia 2026 r. obowiązuje ustawa z 29 maja 2026 r., nazywana frankową. Wprowadziła mechanizm, którego wcześniej w sporach z bankami nie było: z chwilą doręczenia bankowi pozwu o kredyt we frankach obowiązek spłaty rat ustaje z mocy prawa. Kredytobiorca nie musi już składać wniosku o zabezpieczenie, czyli czekać na osobną decyzję sądu wstrzymującą spłatę na czas procesu.
Ustawa dotyczy jednak wyłącznie umów denominowanych lub indeksowanych do franka szwajcarskiego. Kto spłaca kredyt w euro, dolarze albo jenie, pozostaje przy zasadach ogólnych: raty nie zatrzymują się automatycznie po wniesieniu pozwu, a bank nie dostaje ustawowego bodźca, by szybko zakończyć spór. W praktyce oznacza to, że frankowicz i posiadacz kredytu w euro mogą mieć niemal identyczne umowy, a mimo to toczyć spór na zupełnie innych warunkach.
Warto o tym pamiętać, gdy w reklamach albo rozmowach pojawia się hasło „ugody walutowe”. Programy, kalkulatory i mediacje dotyczą franka. Dla euro, dolara i jena systemowego odpowiednika wciąż nie ma.
Jak wstrzymać raty kredytu w euro, skoro ustawa go nie obejmuje
Droga istnieje, tylko nie jest automatyczna. Przy kredycie w euro, dolarze albo jenie spłatę rat może wstrzymać sąd postanowieniem o zabezpieczeniu. To decyzja wydawana na wniosek kredytobiorcy, zwykle składany razem z pozwem — ta sama ścieżka, z której frankowicze korzystali przed wejściem ustawy w życie. Sąd ocenia, czy roszczenie zostało uprawdopodobnione, i może zawiesić obowiązek spłaty do końca procesu.
Od rozwiązania ustawowego różni się to w dwóch punktach. Po pierwsze, bez wniosku nic się nie dzieje. Po drugie, praktyka sądów nie jest jednolita i postanowienie nie jest pewnikiem. Stąd ważne ostrzeżenie: dopóki sąd nie wyda postanowienia, nie wolno przestawać płacić na własną rękę. Samowolne wstrzymanie rat to zwykła zaległość, z ryzykiem wypowiedzenia umowy i wpisu do rejestru dłużników. Frankowicza chroni ustawa, posiadacza kredytu w euro — dopiero dokument z sądu.
Dlaczego banki traktują euro i dolara inaczej niż franka
Do 2024 r. kredyty indeksowane albo denominowane w euro, dolarze i jenie — czyli takie, w których bank przeliczał wypłatę i spłatę po własnym kursie — praktycznie nie dostawały ofert ugodowych. Później część banków zaczęła składać propozycje przypominające wczesne ugody frankowe: przewalutowanie, umorzenie części kapitału, nowa złotowa umowa. Nie stało się to jednak regułą. Inne banki utrzymują programy wyłącznie dla franka i przy pozostałych walutach konsekwentnie odmawiają.
Ten podział banki uzasadniają przede wszystkim kursem. Argumentują, że wahania euro i dolara były znacznie mniejsze niż franka, więc kredytobiorcy nie ponieśli istotnej szkody, a klauzule przeliczeniowe w tych umowach nie są abuzywne — czyli nie stanowią postanowień, które sąd może uznać za niewiążące konsumenta.
Prawnicy kredytobiorców odpowiadają, że o wadliwości umowy nie decyduje waluta, lecz jej konstrukcja: sposób ustalania kursu i zakres swobody, jaką bank zostawił sobie przy przeliczeniach. Jeżeli bank sam wyznaczał kursy w swojej tabeli, bez obiektywnego mechanizmu, zarzut niedozwolonego postanowienia nie znika tylko dlatego, że w umowie zamiast CHF wpisano EUR albo USD. Skala wzrostu kursu wpływa na wysokość roszczenia, nie na ocenę prawną klauzuli.
Nie oznacza to, że każda umowa w euro albo dolarze jest wadliwa — wzorce, daty zawarcia i zapisy o tabelach kursowych różnią się między bankami. Nie działa też wnioskowanie odwrotne: skoro to nie frank, to nie ma o co walczyć. Każdą umowę trzeba ocenić od strony jej zapisów, nie waluty.
Banki sięgają jeszcze po jeden argument: kredyty w euro i dolarze często zaciągały osoby zarabiające w tych walutach, które miały rozumieć ryzyko kursowe. Zarobki w walucie nie zmieniają jednak tego, kto i jak ustalał kurs przeliczenia. Znaczenie ma za to skala: korzyść z podważenia umowy w euro bywa niższa niż przy franku, więc i oferty banków — jeśli w ogóle się pojawiają — są skromniejsze.
Co banki proponują: przewalutowanie na złote albo zwrot nadpłaty
Gdy bank w ogóle podejmuje rozmowy, pierwszy typ oferty wygląda jak wczesne ugody frankowe. Umowa zostaje przeliczona na złote, bank umarza część kapitału, a oprocentowanie od tego momentu opiera się na wskaźniku WIBOR, od którego liczy się raty kredytów złotowych. Czasem bank dorzuca zwrot minimalnych kosztów zastępstwa procesowego (wynagrodzenia pełnomocnika) albo części opłaty sądowej od pozwu.
Trzeba jasno powiedzieć, czym taka propozycja jest, a czym nie jest. To nie unieważnienie umowy, tylko jej zmiana: spór zostaje zamknięty, a kredytobiorca dalej spłaca kredyt — mniejszy i w złotych. Nie ma mowy o zwrocie kwot wpłaconych ponad kapitał ani o rozliczeniu umowy tak, jakby nigdy nie obowiązywała.
Drugi typ oferty, spotykany częściej przy euro, przypomina późniejszą falę ugód frankowych. Bank zwraca całą nadpłatę ponad wypłacony kapitał oraz koszty procesu, a umowa przestaje obowiązywać. Spór w takich negocjacjach toczy się zwykle o odsetki za opóźnienie: bank chce odzyskać kapitał i godzi się oddać nadpłatę, ale odsetek za okres, w którym korzystał z pieniędzy klienta, nie chce płacić w całości.
Różnica między oboma wariantami jest zasadnicza. W pierwszym kredytobiorca pozostaje kredytobiorcą, tylko na nowych warunkach. W drugim umowa znika, strony rozliczają wzajemne świadczenia, a różnica trafia na konto przelewem. Pierwszy wariant jest dla banku tańszy, drugi — bliższy temu, co orzekłby sąd po stwierdzeniu nieważności umowy. Dlatego bank zaczyna od pierwszego, a do drugiego przechodzi dopiero wtedy, gdy koszty procesu i ryzyko przegranej przewyższają koszt rozliczenia.
Jednolitej praktyki w sektorze nie ma. Jedne banki nie proponują nic, inne wyłącznie przewalutowanie, jeszcze inne przy euro godzą się już na zwrot nadpłaty. Oferty dla dolara bywają zbliżone do eurowych, choć rzadsze. Porównywanie własnej sytuacji z warunkami ugody frankowej znajomego nie ma więc większego sensu — to inne programy i inna pozycja negocjacyjna.
Jedno doprecyzowanie: WIBOR pojawia się tu wyłącznie jako stopa nowego, złotowego kredytu po przewalutowaniu. To osobny temat od sporów o sam wskaźnik czy jego reformy. Jeśli w ofercie widzisz WIBOR, pytaj o rzeczy praktyczne: od jakiego salda liczone jest umorzenie, jaka będzie marża i czy podpisujesz aneks, czy nową umowę.
Oferty pojawiają się po pozwie, najlepsze — po wyroku pierwszej instancji
W sprawach euro i dolara moment złożenia pozwu zmienia wszystko. Przed procesem kredytobiorcy słyszą zwykle odmowę z uzasadnieniem, że kurs nie wzrósł tak jak frankowy, więc umowa jest ważna. Pierwsze realne propozycje przychodzą dopiero wtedy, gdy sprawa trafi do sądu — bo proces kosztuje, a przegrana kosztuje jeszcze więcej.
Najkorzystniejsze warunki banki składają często jeszcze później: po przegranym wyroku pierwszej instancji, gdy czekają na pisemne uzasadnienie. Kalkulacja jest wtedy prosta. Apelacja oznacza kolejne lata sporu, rosnące odsetki i ryzyko utrzymania wyroku, a kapitał, o który toczy się spór, przez cały ten czas pozostaje nieodzyskany. Ugoda w tym momencie ma dla banku sens czysto księgowy — i dlatego bywa hojniejsza niż cokolwiek, co leżało na stole wcześniej.
Propozycja składana na tym etapie przybiera często formę porozumienia kompensacyjnego, czyli rozliczenia prowadzonego tak, jakby umowa była nieważna. Obie strony zwracają sobie świadczenia nienależne — pieniądze zapłacone bez ważnej podstawy prawnej. Kredytobiorca oddaje wypłacony kapitał, bank oddaje wszystko, co pobrał ponad kapitał, a różnica trafia przelewem. Typowy zapis takiego porozumienia brzmi:
Umowa traktowana jest jako nieważna, a dotychczasowe świadczenia jako zwrot świadczenia nienależnego.
Ta konstrukcja ma istotny wymiar podatkowy. Zwrot świadczenia nienależnego co do zasady nie jest traktowany jako przychód — kredytobiorca odzyskuje własne pieniądze, a nie otrzymuje przysporzenia. Inaczej może wyglądać sytuacja przy aneksie z umorzeniem części długu. O kwalifikacji decyduje treść dokumentu, nie jego tytuł, dlatego przed podpisaniem warto ją sprawdzić — najlepiej z doradcą podatkowym.
Czy ustawa frankowa zostanie rozszerzona na euro i dolara?
Na dziś odpowiedź brzmi: nie. Ustawa obejmuje kredyty denominowane lub indeksowane do franka i żaden projekt jej rozszerzenia nie trafił do prac legislacyjnych. W środowisku prawniczym takie postulaty jednak padają, bo sytuacja obu grup kredytobiorców bywa bliźniacza, a na tych samych wokandach sąsiadują sprawy frankowe z ratami wstrzymanymi z mocy prawa i sprawy eurowe, w których bank wciąż może grać na czas.
Presja na zmiany może rosnąć, bo spraw przybywa. Warszawski wydział frankowy sygnalizował, że wraz ze spadkiem liczby nowych pozwów CHF rośnie liczba pozwów dotyczących kredytów w euro. Według danych KNF z lipca 2025 r., przywoływanych w analizach branżowych, aktywny portfel kredytów w euro był przy tym blisko dwukrotnie większy niż pozostały portfel frankowy. Planować sprawę trzeba jednak według obowiązujących przepisów — z wnioskiem o zabezpieczenie, a nie w oczekiwaniu na ustawę, której nie ma. Gdyby rozszerzenie kiedyś weszło w życie, zastanie toczącą się sprawę w lepszym punkcie, nie w gorszym.
Spłacony kredyt w euro także można rozliczyć
Przy spłaconej umowie kwestia wstrzymania rat w ogóle nie występuje — nie ma rat, które można zatrzymać. Nie znika jednak roszczenie o zwrot kwot wpłaconych ponad kapitał na podstawie wadliwej konstrukcji umowy. Spłata zamyka kredyt, ale nie zamyka sporu o to, czy umowa w ogóle wiązała.
Na ugodę można tu liczyć jeszcze mniej niż przy umowie aktywnej. Przewalutowanie z umorzeniem części kapitału nie wchodzi w grę, bo nie ma czego przewalutować — pozostaje wyłącznie rozliczenie świadczeń, czyli forma, na którą banki decydują się najpóźniej i najmniej chętnie. Przy spłaconych umowach szczególnego znaczenia nabierają też terminy przedawnienia, zależne od dat i przebiegu konkretnej sprawy. To pierwsza rzecz do sprawdzenia w analizie umowy.
Kredyty w jenach: ofert praktycznie nie ma
Kredyty w jenach stanowią osobną kategorię i nie warto zestawiać ich z euro. Ofert ugodowych praktycznie nie ma — nie z powodu stabilnego kursu, lecz dlatego, że te umowy powstawały w innym segmencie rynku. Kredyt w jenie bywał produktem niszowym, oferowanym często w bankowości prywatnej, a nie masową hipoteką. Wypłata i spłata mogły od początku następować w walucie, a umowy dopuszczały niekiedy kurs negocjowany zamiast kursu z ogólnodostępnej tabeli banku. Bankom daje to dodatkowy argument, że nie był to typowy wzorzec konsumencki.
Portfel jenowy jest przy tym mały, więc banki nie obawiają się fali pozwów i nie spieszą się z propozycjami — ani przed procesem, ani po jego wszczęciu. Kto ma kredyt w jenie, powinien nastawić się na spór sądowy oparty na analizie konkretnej umowy, a nie na negocjacje w ramach programu, którego nie ma.
Na co zwrócić uwagę w ofercie ugody
Jeśli propozycja banku w końcu przyjdzie, warto ją czytać jak projekt umowy, a nie jak nagrodę za cierpliwość. Można ją podpisać, negocjować albo odłożyć do czasu poznania pisemnego uzasadnienia wyroku. Zanim zapadnie którakolwiek z tych decyzji, trzeba sprawdzić osiem punktów:
- Przewalutowanie czy rozliczenie. Przewalutowanie pozostawia kredyt: umorzenie części kapitału, WIBOR, nowa rata. Rozliczenie kończy umowę i zwraca świadczenia. Nagłówek „ugoda” może być ten sam, mechanizm i skutki — zupełnie inne.
- Podstawa umorzenia. Od jakiego salda bank liczy umorzenie: od wypłaconej kwoty, od dzisiejszego salda w złotych czy od salda po latach indeksacji? Ta różnica przesądza o realnej wartości oferty.
- Los nadpłaty. Czy bank zwraca kwoty wpłacone ponad kapitał, zwraca je częściowo, czy jedynie pomniejsza saldo? Zwrot całości z kosztami procesu i samo zmniejszenie długu to dwie różne kwoty w portfelu.
- Odsetki za opóźnienie. Banki często proponują ich obcięcie albo wyzerowanie. Sprawdź, czy w dokumencie jest zrzeczenie się odsetek, do jakiej daty i czy obustronne — odsetki rosną, gdy sprawa czeka na uzasadnienie wyroku.
- Koszty procesu. Zwrot minimalnego wynagrodzenia pełnomocnika czy części opłaty sądowej bywa niższy niż kwoty, które zasądziłby sąd. Porównuj z tym, co faktycznie wyłożyłeś.
- Kwalifikacja prawna i podatkowa. Porozumienie kompensacyjne przy nieważności umowy i aneks z umorzeniem długu mogą rodzić różne skutki podatkowe. Decyduje treść dokumentu, nie jego tytuł.
- Zakres zamknięcia sporu. Co dzieje się z hipoteką, ubezpieczeniem i rachunkiem walutowym oraz jak brzmi klauzula zrzeczenia się dalszych roszczeń. To zdanie bywa ważniejsze od zdania o kwocie — przeczytaj je do końca.
- Termin ważności oferty. Banki lubią wyznaczać termin upływający przed doręczeniem uzasadnienia wyroku. Można odpowiedzieć, że decyzja zapadnie po lekturze uzasadnienia — bank nie musi się zgodzić, ale nikt nie musi też podpisywać w ciemno.
A jeśli oferty nie ma? Wtedy pytanie nie brzmi „którą ugodę wybrać”, tylko „czy bank w ogóle prowadzi program dla tej waluty”. Przy franku zwykle tak, przy euro i dolarze — wyjątkowo, przy jenie — praktycznie wcale. Pozew o ustalenie nieważności umowy składa się do sądu, nie do działu ugód, którego może nie być. Banki mogą z czasem rozszerzyć programy, bo przy franku już policzyły, że masowe ugody są tańsze od lawiny apelacji. Na koniec sierpnia 2026 r. takiego rozszerzenia jednak nie widać.
Zastrzeżenie
Tekst ma charakter informacyjny i publicystyczny. Nie stanowi porady prawnej.
