Banki muszą dziś płacić astronomiczną cenę za lata stosowania nieuczciwych umów – ponad 100 mld zł rezerw na kredyty frankowe – lecz zamiast uderzyć się w pierś, kierują uwagę opinii publicznej na innych. Związek Banków Polskich straszy „roszczeniowymi” frankowiczami i ich prawnikami, opowiada o „wielkim transferze” pieniędzy do garstki cwaniaków, lobbuje za zmianami prawa chroniącymi banki, atakuje tych, którzy walczą o sprawiedliwe warunki kredytów złotowych i euro, a na koniec kreuje sektor bankowy na ofiarę prawa konsumenckiego.
Banki demonizują frankowiczów i kancelarie, by odwrócić uwagę od swoich nadużyć
Zamiast rozliczyć się z własnych nadużyć – takich jak klauzule abuzywne pozwalające na arbitralne ustalanie kursu franka w umowach – banki wolą piętnować klientów walczących o sprawiedliwość i ich pełnomocników. Tadeusz Białek, prezes Związku Banków Polskich, przekonuje w wywiadzie z dnia 19.01.2026, że za falą pozwów stoją chciwe kancelarie odszkodowawcze, które rzekomo robią „niezwykle dochodowy biznes” z podważania umów frankowych, tylko udając, że działają w interesie klienta. Twierdzi on, że prawnicy pod przykrywką ochrony konsumentów dążą wyłącznie do maksymalizacji swoich zysków, a nawet skupują roszczenia od klientów za ułamek wartości, by następnie dochodzić całości już na własną rzecz. Takie wypowiedzi to klasyczny przykład odwracania kota ogonem – banki demonizują frankowiczów i ich mecenasów jako “roszczeniowych” i pazernych, próbując odsunąć uwagę od faktu, że to bankowe klauzule niedozwolone stały się paliwem dla tych pozwów.
Przypomnijmy, że to banki w latach 2000. masowo wprowadzały toksyczne kredyty walutowe, w których ryzyko kursowe w całości przerzucono na klientów. Umowy te zawierały jednostronne zapisy pozwalające bankom dowolnie kształtować kurs CHF przy przeliczeniach rat – czego Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz TSUE uznały za nieuczciwe praktyki (np. w głośnej sprawie państwa Dziubaków w 2019 r., która otworzyła drogę do unieważnień umów). Gdy przez lata banki zarabiały na tych kredytach i wysokich spreadach walutowych, jakoś nie widziały problemu. Dopiero gdy sądy zaczęły masowo stawać po stronie frankowiczów, sektor rzucił wszystkie siły, by zdyskredytować pozywających klientów i ich prawników. Padają określenia w stylu “jaskrawe nadużycie systemu klauzul abuzywnych” czy wręcz “patologia” – tak Białek nazywa choćby próby unieważniania kredytów w euro. Trudno o większą hipokryzję: to przecież banki patologicznie nadużyły zaufania klientów, wciskając im ryzykowne umowy, ale w narracji bankowej winni mają być ci, którzy dochodzą swoich praw.
„Wielki transfer do nielicznych” – wygodna narracja pomijająca skalę problemu i dawne zyski
Przedstawiciele sektora bankowego lubią przedstawiać obecne wyroki sądowe i ugody z frankowiczami jako „wielki transfer” pieniędzy z banków do kieszeni nielicznej grupy spryciarzy. Według danych Business Insider Polska na koniec 2025 r. banki odłożyły już ponad 102 mld zł rezerw na hipoteki frankowe. Te pieniądze – jak podkreślają bankowcy – trafiły lub trafią do „stosunkowo niewielkiej grupy osób, liczonej w paru setkach tysięcy”, oczywiście kosztem akcjonariuszy banków (w tym Skarbu Państwa i uczestników funduszy emerytalnych). Taki przekaz ma wywołać społeczne oburzenie: oto rzekomo garstka przebiegłych frankowiczów wzbogaci się kosztem „wszystkich”.
Ta narracja jest jednak skrajnie jednostronna. Po pierwsze, owa „niewielka” grupa to w rzeczywistości setki tysięcy polskich rodzin. Łącznie udzielono w Polsce około 775 tysięcy kredytów frankowych – szacuje się, że na początku 2015 r. spłacało je niemal 980 tysięcy osób (często całe rodziny). Trudno uznać niemal milion obywateli za pomijalny margines. Po drugie, banki przez lata czerpały ogromne korzyści z tych toksycznych produktów. Zarabiały na odsetkach i kursowych spreadach, korzystając z okresu silnego złotego i niskich stóp w Szwajcarii. Gdy frank zdrożał dwukrotnie, to klienci – nie banki – dźwigali ciężar rosnących rat. Banki inkasowały swoje, dopóki sądy nie powiedziały “dość”. Opowiadanie dziś o “transferze do frankowiczów” pomija więc fakt, że wcześniej był wieloletni transfer w odwrotną stronę: od klientów do banków. Frankowicze nie dostają żadnej niespodziewanej mannny – odzyskują własne pieniądze, które banki pobrały na podstawie wadliwych, nieuczciwych klauzul.
Wreszcie bankowcy strasząc “kosztami dla akcjonariuszy” przemilczają, że sektor stać na te rozliczenia. Sześć lat temu łączny kapitał własny polskich banków wynosił ok. 210 mld zł, a dziś to blisko 320 mld zł – napompowane wielkimi zyskami z wysokich stóp procentowych. Innymi słowy, rekordowe zyski ostatnich lat pozwoliły bankom zbudować poduszkę, z której teraz pokrywają roszczenia frankowe. Trudno więc mówić, że wypłaty dla frankowiczów zachwieją systemem finansowym – to jedynie oddanie części wcześniejszych profitów.
Lobbing za zmianą prawa: mniejsza odpowiedzialność banków kosztem konsumentów
Mimo sądowych porażek banki nie składają broni – przeniosły batalię na pole legislacyjne. W ostatnich latach intensywnie lobbują za zmianami prawa, które złagodziłyby skutki ich przegranych sporów i ograniczyły przyszłe roszczenia klientów. Prezes ZBP otwarcie przyznaje, że trwające prace nad ustawami powinny “zarządzać ryzykiem prawnym” banków – krytykuje choćby projekt nowelizacji ustawy o kredycie konsumenckim wdrażającej unijną dyrektywę, ponieważ nie wprowadza ona “proporcjonalności” sankcji dla banków. Chodzi tu o tzw. sankcję kredytu darmowego (SKD), czyli ustawowe “ukaranie” banku pozbawieniem odsetek i prowizji, jeśli ten naruszył obowiązki informacyjne wobec konsumenta. Białek uważa, że sankcja ta powinna dotyczyć jedynie skrajnych przypadków, gdy klient faktycznie nie rozumiał kosztów – i ubolewa, że “projektowane przepisy” w ogóle tego nie uwzględniają. Innymi słowy, banki chcą poluzowania prawa konsumenckiego tak, by drobniejsze przewinienia uchodziły im na sucho.
To nie wszystko. Sektor forsuje także specjalne rozwiązania dotyczące kredytów frankowych. W Ministerstwie Sprawiedliwości powstał projekt tzw. ustawy frankowej, która ma m.in. przyspieszyć postępowania sądowe w tych sprawach. Nie jest tajemnicą, że bankom bardzo na tym zależy – odsetki ustawowe za wieloletnie procesy są dla nich bolesne. Narodowy Bank Polski wyliczył, że do połowy 2025 r. same naliczone odsetki od zasądzonych bankom zwrotów sięgnęły ~4 mld zł, a szybsze procedowanie spraw (dzięki “ustawie frankowej”) obniżyłoby te koszty. Rząd rozważa też zmiany pozwalające na potrącanie roszczeń (tzw. teoria salda), by bank po unieważnieniu umowy nie musiał oddawać pieniędzy klientowi, zanim sam odzyska swojego kapitału. Choć sądy w Polsce jak dotąd odrzucały taką logikę, bankowcy wskazują na nieliczne orzeczenia korzystne dla siebie i próbują wpłynąć na ustawodawcę oraz wymiar sprawiedliwości, by złagodzić dla siebie konsekwencje przegranych. ZBP regularnie apeluje o „rozsądek” w orzecznictwie i prawo przychylniejsze bankom, przekonując, że obecny jego kształt rzekomo sprzyja wyłudzeniom. To jasne, że w tej grze nie chodzi o sprawiedliwość czy ochronę konsumenta, lecz o minimalizowanie strat finansowych banków.
Kredyty w euro i złotówkach (WIBOR) – każdy, kto walczy o uczciwość, staje się wrogiem banków
Frankowicze przetarli szlak, więc kolejne grupy klientów zaczęły kwestionować inne produkty: kredyty hipoteczne w euro oraz złotowe kredyty o zmiennej stopie opartej na WIBOR. Zamiast wsłuchać się w głos konsumentów i zbadać, czy i tu nie doszło do nieprawidłowości, banki po raz kolejny reagują frontalnym atakiem. Prezes ZBP nazywa unieważnianie kredytów w euro “aberracją i patologią systemu”, argumentując, że ci klienci “wyszli na nich znacznie lepiej niż złotowi” i nie doznali żadnej szkody. Próby podważenia umów złotowych z WIBOR również spotykają się z pogardliwym pukaniem w czoło – Białek stwierdza, że “trudno sobie wyobrazić kwestionowanie istoty wskaźnika [WIBOR]”, bo jest on państwowo nadzorowany. Bagatelizuje też zarzuty klientów, jakoby banki nie dopełniły obowiązku rzetelnej informacji o ryzyku zmiennej stopy – według niego “obowiązki informacyjne były realizowane prawidłowo, zgodnie ze standardami unijnymi”. Innymi słowy, banki same wystawiają sobie świadectwo „bez winy”, a wszelkie roszczenia klientów uznają z góry za bezzasadne.
Takie podejście to kontynuacja narracji obwiniania ofiar. Przecież jeżeli dziś tysiące Polaków pozywają banki za kredyty w euro czy złotówkach, to nie z chciwości, tylko z poczucia niesprawiedliwości – analogicznie jak frankowicze. Wielu kredytobiorców walutowych zarzeka się, że banki nie ostrzegły ich dostatecznie przed ryzykiem walutowym, kusząc niskim oprocentowaniem. W przypadku kredytów złotowych pojawiają się zarzuty, że formuła WIBOR była nieczytelna, a klient nie miał świadomości, od czego naprawdę zależy wysokość jego raty. Zamiast rzetelnie rozliczyć te wątpliwości, banki idą w zaparte. ZBP chwali się, że jak dotąd wszystkie prawomocne wyroki w sprawach WIBOR (151 orzeczeń) są korzystne dla banków, a prawnicy nagłaśniają jedynie nieliczne wygrane konsumentów, by stworzyć „mylne wrażenie” zagrożenia dla banków. To jednak, że do tej pory linia orzecznicza była dla banków pomyślna, nie oznacza, że problemu nie ma – przypomnijmy, iż w początkowych latach frankowicze też przegrywali, zanim sądy zmieniły podejście. Zorganizowane podważanie wiarygodności wszelkich pozwów przeciw bankom to próba zduszenia w zarodku nowego frontu, zanim jeszcze zapadną ważne wyroki (TSUE niebawem wypowie się w pierwszej polskiej sprawie WIBOR). Banki konsekwentnie ignorują swój własny brak transparentności, który leży u źródeł tych sporów, a zamiast tego malują powództwa jako irracjonalne ataki na porządek finansowy.
Rekordowe zyski, a banki udają ofiary prawa konsumenckiego
Najbardziej zdumiewające w przekazie banków jest to, jak próbują obsadzić siebie w roli ofiar. W narracji ZBP sektor bankowy jest nękany przez złe prawo konsumenckie i armię zagranicznych funduszy finansujących masowe pozwy. Białek określa zjawisko lawiny pozwów jako “modelowy przykład instrumentalnego wykorzystywania prawa konsumenckiego”. Skarży się, że Polska stała się „liderem w UE” pod względem liczby pytań prejudycjalnych do TSUE, sugerując nadużywanie tej ścieżki przez prawników. Ma za złe sędziom, że rzekomo “bezrefleksyjnie” przekazują pytania do Luksemburga na wniosek kancelarii. Słowem, to nie banki złamały zaufanie klientów, tylko klienci i ich obrońcy nadużywają prawa! Trudno o bardziej przewrotne przedstawienie sytuacji.
Ta opowieść o biednych bankach napadniętych przez fundusze odszkodowawcze kompletnie nie przystaje do rzeczywistości. Przez lata to banki dyktowały warunki gry, notując zyski, jakich pozazdrościłaby większość branż. Rok 2025 przyniósł sektorowi bankowemu rekordowy zysk netto – najwyższy w historii. W poprzednich latach, dzięki skokowemu wzrostowi stóp procentowych, banki zarabiały krocie, poprawiając swoje wyniki mimo odkładania rezerw na franki. Jak wspomniano wyżej, kapitały własne banków urosły o ponad 50% w ciągu sześciu lat, co jest bezpośrednim skutkiem tłustych lat dla bankowych przychodów. Trudno więc współczuć instytucjom, które nigdy nie były tak bogate jak dziś, że muszą przestrzegać przepisów chroniących konsumentów.
Warto też zauważyć, że prawo konsumenckie nie spadło z nieba, lecz jest reakcją na nadużycia rynkowe – w tym bankowe. Gdyby umowy kredytowe od początku były uczciwe i transparentne, klienci nie mieliby podstaw ich kwestionować, a przepisy o sankcjach czy unieważnieniach pozostałyby martwe. To banki same stworzyły problem, który teraz je “boleśnie” kosztuje. Zamiast więc grać rolę pokrzywdzonych i pomstować na „roszczeniową” postawę klientów, banki powinny rozliczyć się z własną przeszłością. Wysoki rachunek, jaki teraz płacą, to lekcja za brak uczciwości – szkoda tylko, że wciąż próbują odrobić ją cudzym kosztem.
