Od połowy 2024 r. Ministerstwo Sprawiedliwości diametralnie zmieniło kurs wobec tzw. frankowiczów, czyli osób posiadających kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich. Pojawiły się zapowiedzi specjalnej ustawy frankowej, mającej usprawnić rozstrzyganie tysięcy pozwów frankowych zalegających w sądach. Równocześnie jedna z kluczowych przedstawicielek resortu – dr Aneta Wiewiórowska-Domagalska, pełnomocniczka ministra ds. ochrony praw konsumenta – zaczęła publicznie krytykować kancelarie prawne reprezentujące frankowiczów. Zarzucała im stosowanie nieetycznych praktyk oraz działanie we własnym interesie ekonomicznym kosztem klientów. Już w lipcu 2024 r. w Business Insiderze ukazał się znamienny artykuł pt. „Frankowicze powinni uważać na własnych prawników. Paradoks kancelarii frankowych”, zawierający ostre wypowiedzi pełnomocniczki ministra. Pełnomocniczka informowała w nim, że zgłosiła do UOKiK podejrzenia, iż niektóre kancelarie zniechęcają klientów do ugód z bankami i wprowadzają do umów z frankowiczami niedozwolone klauzule (np. kary umowne za zawarcie ugody). „Byłoby paradoksem, gdyby podmioty zarabiające na zwalczaniu klauzul abuzywnych same stosowały nieuczciwe postanowienia w kontraktach ze swoimi klientami” – podkreśliła wówczas dr Wiewiórowska-Domagalska.
W kolejnych miesiącach pełnomocniczka kontynuowała medialną „krucjatę” przeciw kancelariom frankowym. Publicznie sugerowała m.in., że prawnicy celowo zniechęcają klientów do ugód, bo zarabiają duże pieniądze na prowadzeniu sporów sądowych i procentowych premiach od wygranych. „Jestem głęboko przekonana, że sądy będą orzekały sprawniej, a ugody mają potencjał. Ale ich spopularyzowanie będzie ewidentnie niekorzystne finansowo dla kancelarii, które pobierają procent od wygranej kwoty” – stwierdziła w jednym z wywiadów. Tego typu wypowiedzi zaniepokoiły środowisko prawnicze, gdyż podważają one zaufanie klientów do profesjonalnych pełnomocników i sugerują ich nieetyczne motywacje. Co więcej, pełnomocniczka nie precyzowała, kogo dokładnie oskarża – czy chodzi o adwokatów i radców prawnych, czy może firmy odszkodowawcze podszywające się pod kancelarie? – co tylko potęgowało zamieszanie.
Brak reakcji czy stanowcza odpowiedź?
W obliczu tych kontrowersyjnych tez większość przedstawicieli środowiska prawniczego początkowo milczała. Zdecydowali się oni zignorować mało eleganckie zaczepki pełnomocniczki, uznając zapewne, że brak rozgłosu będzie lepszy niż dolewanie oliwy do ognia. Jednak komentatorzy zauważają, że taka strategia była błędem. Pozostawienie publicznie rzuconych oskarżeń bez odpowiedzi mogło bowiem utrwalić w odbiorcach negatywny obraz prawników. Dopiero po wielu miesiącach narastającego konfliktu postanowiono zareagować oficjalnie.
Naczelna Rada Adwokacka (NRA) – reprezentująca samorząd adwokatów – w lipcu 2025 r. wydała obszerne stanowisko, w którym stanęła w obronie profesjonalnych pełnomocników i odniosła się do zarzutów ministerialnej urzędniczki. Samorząd adwokatury zwrócił uwagę, że uogólnienia pełnomocniczki MS są nieprecyzyjne i szkodliwe, bo sugerują opinii publicznej, jakoby adwokaci działali niezgodnie z zasadami etyki, przedkładając własne korzyści nad interes klienta. NRA uznała takie sugestie za niedopuszczalne – przypomniała, że adwokatura jest zawodem zaufania publicznego, a etyka zabrania adwokatom przedkładania zysku nad dobro klienta. Jednocześnie podkreślono, że wypowiedzi dr Wiewiórowskiej-Domagalskiej należy traktować raczej jako poważną niezręczność niż celowy atak na adwokaturę – świadczą one głównie o autorze tych słów. Co istotne, NRA wskazała również na hipokryzję w podejściu władz: politycy akceptują agresywną obronę interesów przez banki, wykorzystujące wszelkie dostępne środki prawne, a jednocześnie oczekują, że strona konsumencka dobrowolnie zrezygnuje ze swoich uprawnień w imię odciążenia sądów.
Warto zauważyć, że oprócz adwokatury istnieje także drugi kluczowy samorząd prawniczy – Krajowa Izba Radców Prawnych (KIRP). Jednak jak dotąd samorząd radcowski nie wydał oficjalnego oświadczenia podobnego do stanowiska NRA. Oznacza to, że adwokaci jako jedyni publicznie odpowiedzieli na zarzuty pełnomocniczki ministra, podczas gdy radcowie prawni wybrali strategię milczenia. Taka rozbieżność rodzi pytania, czy brak reakcji faktycznie służy interesom grupy zawodowej, czy raczej naraża ją na dalsze ataki.
Wpływ na jedność środowiska prawniczego
Od lat mówi się, że adwokaci i radcowie prawni – dwie największe korporacje prawnicze – powinni mówić jednym głosem w sprawach kluczowych dla wymiaru sprawiedliwości. Spór o ustawę frankową i wypowiedzi pełnomocniczki MS stały się testem tej jedności. Stanowcza reakcja adwokatury z jednej strony pokazała solidarność z prawnikami prowadzącymi sprawy frankowe i dała im poczucie, że samorząd stoi na straży ich dobrego imienia. Z drugiej strony, bierna postawa KIRP mogła wywołać mieszane odczucia wśród radców prawnych zaangażowanych w te same sprawy. Brak jasnego wsparcia ze strony własnego samorządu może rodzić frustrację i poczucie osamotnienia w obliczu krytyki ze strony władzy.
Co prawda, zarówno adwokaci, jak i radcowie kierują się podobnymi zasadami etyki i wykonują zbliżone czynności w sprawach frankowych, więc atak w przestrzeni publicznej de facto godzi w obie grupy zawodowe. Dlatego można było oczekiwać wspólnego frontu. NRA w swoim stanowisku podkreśliła, że adwokatura chętnie współpracuje przy rozwiązywaniu problemów systemowych – np. od lat postulowała uregulowanie rynku usług prawnych, aby wyeliminować tzw. pseudokancelarie działające bez skrupułów. Rzucanie oskarżeń w mediach pod adresem „pełnomocników procesowych” uderza więc nie tylko w reputację konkretnych prawników, ale też podważa sens partnerskiej współpracy samorządów zawodowych z władzą. Jedność środowiska wymaga, by samorządy mówiły stanowczo „sprawdzam” każdej publicznej narracji godzącej w zaufanie do zawodu. W przeciwnym razie wzajemne zaufanie i poczucie bezpieczeństwa w tych profesjach mogą ulec osłabieniu.
Czy urzędnik może sobie na to pozwolić?
Pojawia się też zasadnicze pytanie: czy osoba występująca z ramienia ministra powinna formułować pod adresem prawniczego środowiska tak ostre uwagi? W oczach wielu prawników jest to zachowanie niewłaściwe, a nawet nieprofesjonalne. Pełnomocnik ministra – szczególnie tak doświadczony prawnik jak dr Wiewiórowska-Domagalska – powinien znać realia wykonywania zawodów prawniczych i przewidywać konsekwencje swoich słów.
Publiczne sugerowanie, że prawnicy działają nieetycznie, może być odbierane jako nadużycie pozycji urzędniczej. Samorząd adwokacki wprost wskazał, że tego rodzaju wypowiedzi świadczą jedynie o ich autorze i jego bezsilności wobec problemów, które to Ministerstwo powinno rozwiązać. Innymi słowy, atak na prawników może być próbą odwrócenia uwagi od faktycznych zaniedbań po stronie instytucji państwowych. Jak podsumowała NRA, „uregulowanie szybkości postępowań… i rynku pomocy prawnej są w rękach państwa. Szukanie winnych poza tym obszarem to próba odwracania uwagi od istoty problemów”.
W demokratycznym państwie prawa przedstawiciele rządu mają oczywiście prawo zabierać głos w debacie publicznej, także krytyczny. Jednak sposób prowadzenia tej debaty powinien być rzeczowy i wyważony. Gdy urzędnik resortu sprawiedliwości publicznie piętnuje całą grupę zawodową, zarzucając jej niemoralne praktyki bez przedstawienia konkretnych dowodów, ociera się to o naruszenie standardów dialogu między władzą a samorządem zawodowym.
Może to też naruszać zasadę zaufania obywateli do państwa – skoro to samo państwo powierza adwokatom i radcom funkcje zaufania publicznego (jak obrona praw obywateli przed sądem), to nie powinno bezpodstawnie podkopywać ich autorytetu przed społeczeństwem. W skrajnych wypadkach taki atak mógłby nawet rodzić pytania o możliwość ochrony dóbr osobistych zniesławianych prawników, choć tu brak bezpośredniego wskazania konkretnych osób czy kancelarii utrudnia podjęcie kroków prawnych.
Krytyka a hejt – gdzie przebiega granica?
Dr Wiewiórowska-Domagalska w niedawnym wywiadzie radiowym skarżyła się na „falę hejtu” pod swoim adresem. Warto jednak zastanowić się, czy rzeczywiście doszło tu do hejtu, czy raczej do ostrej, acz merytorycznej krytyki.
Hejt w klasycznym rozumieniu oznacza pełne nienawiści ataki osobiste, obelgi, poniżanie lub groźby kierowane pod adresem danej osoby, często anonimowo w internecie. Tymczasem wypowiedzi oficjalnych przedstawicieli samorządów prawniczych trudno uznać za hejt – są one wprawdzie stanowcze, ale utrzymane w profesjonalnym tonie i skupiają się na konkretach (np. zarzucie uogólniania i braku rzetelnych danych). Naczelna Rada Adwokacka w swojej reakcji wręcz apelowała, by „w debacie publicznej podnosić argumenty merytoryczne, oparte na rzetelnej analizie i wiarygodnych danych – [bo] nie ma w niej miejsca na manipulacje i skróty myślowe”. Ten cytat dobrze obrazuje różnicę między konstruktywną krytyką a atakiem ad personam.
Oczywiście, nie można wykluczyć, że w mediach społecznościowych czy komentarzach internetowych pojawiły się także mniej parlamentarne wypowiedzi ze strony oburzonych prawników lub samych frankowiczów. Emocje wokół kredytów frankowych są ogromne, co często prowadzi do ostrych słów. Jednak przeglądając główne przekazy medialne, trudno natrafić na przykłady faktycznej mowy nienawiści wymierzonej w dr Wiewiórowską-Domagalską.
Zdecydowana większość opinii – choć krytyczna – dotyczy jej działań i tez, a nie spraw osobistych czy cech niezwiązanych z pełnioną funkcją. Sam fakt, że urzędniczka resortu sprawiedliwości doświadcza odporu ze strony prawniczego środowiska, nie oznacza jeszcze, że jest ofiarą „hejtu”. Granica przebiega tam, gdzie kończą się argumenty, a zaczynają obelgi. W omawianej dyskusji wciąż widoczne są argumenty: o statystykach obciążenia sądów, o etyce zawodowej, o obowiązkach państwa.
Warto też przytoczyć szerszy kontekst: w ostatnich latach to frankowicze – a pośrednio także ich prawnicy – byli często obiektem negatywnych kampanii w mediach, sponsorowanych przez lobby bankowe. Jak zauważają komentatorzy, wielkie korporacje finansowe od lat prowadziły „kampanię hejtu” przeciw frankowiczom, przedstawiając ich jako roszczeniowych dłużników destabilizujących system. Teraz, gdy role się odwróciły i to przedstawicielka władzy krytykuje prawników frankowych, łatwo nadużyć słowa „hejt” w celu zdyskredytowania jej oponentów. To pokazuje, jak istotne jest precyzyjne rozróżnienie krytyki od nienawistnego ataku. Pierwsza bywa niekomfortowa, lecz jest konieczna w demokratycznej debacie. Drugi jest destrukcyjny i niedopuszczalny.
Podsumowanie
Spór wokół pełnomocniczki ministra i reakcji (a czasem braku reakcji) samorządów prawniczych odsłonił kilka istotnych kwestii. Po pierwsze, milczenie nie zawsze jest złotem – zwłaszcza gdy stawką jest reputacja całej profesji. Zignorowanie niesprawiedliwych zarzutów może zachęcić do ich powtarzania, podczas gdy rzeczowa riposta pozwala sprostować nieścisłości i bronić dobrego imienia. Po drugie, jedność środowiska adwokatów i radców nabiera szczególnego znaczenia w obliczu zewnętrznych ataków. Wspólne stanowisko wzmacnia pozycję negocjacyjną i poczucie bezpieczeństwa każdego prawnika, natomiast rozdźwięk może zostać wykorzystany przez oponentów. Po trzecie, przedstawiciele władzy powinni ważyć słowa, zwłaszcza gdy dotyczą one grup wykonujących zawody zaufania publicznego.
Krytyka jest dopuszczalna, ale musi opierać się na faktach i szanować granice autonomii tych zawodów. Wreszcie, nadużywanie etykiety „hejt” może prowadzić do bagatelizowania realnych problemów – warto więc zachować ostrożność w jej użyciu i nie mylić uzasadnionej krytyki z mową nienawiści.
Jak trafnie zauważyła Naczelna Rada Adwokacka, w debacie publicznej powinniśmy trzymać się argumentów merytorycznych i unikać retorycznych „skrótów”, które zaciemniają istotę sprawy. Tylko wtedy dyskusja o ustawie frankowej i jakości pracy pełnomocniczki ministra może przynieść konstruktywne efekty, zamiast pogłębiać podziały.
